![]()
dziennik pokładowy Spaceshit 6, dzień 123 000 podróży []
Ta podróż trochę się dłuży, gdy wsadzali nas przez dźwiejnie na pokład, nic nie mówiono ani słowa o 120 000 ziemskich dni lotu… “happy people and peace man!” nic dodać nic ująć “peace man!” – podróż się dłuży i skończyły się pikle.
jest źle. ludziaki nam pozdychały, ktoś nie dopilnował karmienia. Załoga ma niskie morele. Jeszcze gorzej z posłuszeństwem wobec kapitania czyli mnie… trudno mi teraz o tym pisać, bo na pulpicie mam ich rozrzucone gałki oczne, nawet tego nie upilnują… co za bałagan…
Przykrywam ogonem Drugiego Oficera swoją falówkę i próbuję się na trochę obudzić. nic to nie daje. dryfujemy od 1000 ziemskich dni w kierunku czarnej dziury. bez silnika, bez nadzieji na jakiś kurwiplanet albo burgerburdel. nuda nas ogarnia wszystkich. nie powinienem o tym pisać ale od paru ładnych chwil wyczuwam, że ktoś podgryza mi łuski na grzbiecie. brrry… co za okropność!
Pierwszy zgłosił się o urlop wychowawczy w N sektorze z dwoma dmuchaczami na bargnidzie. nie wiem jak mu odmówić, tym bardziej że Zrombele strasznie cuchną popcornem w okresie godów. wyrzuciliśmy go na najbliższej stacji planetarnej by łapał stopa. ale zapach wciąż czuć
Nie potrafię nic więcej napisać – nie chce mi się myśleć. a drzwi kapitańskie już obsmarowane na maksa. skończę tę framugę i lecę pochować ludziaków. strasznie wyglądają tak leżąc w kupce przy mojej nodze.
pozdrawiam – nie wiem czy do tego czasu nie skończą mi się długopisy, a pić trzeba
Wasz smutny dryfujący Para Solinass.
