Archiwum dlaSmyr

Topola by Smyr

topola.jpg

Odcinek 6, w którym tracę głowę, gubię rozum i poznaję prawdziwą czarownicę.

Ciemność pochłonęła mnie niczym ciężkie, lepkie błota z powszechnie tutaj niepolecanych bagien i torfowisk. Mogiłki przywitały mnie utratą świadomości i głębokim przeżyciem mistycznym zaledwie po dwunastu kieliszkach miejscowego samogonu. Czy był tak mocny, bo na starych kartoflach długo się pasł, czy może rodem ze wschodnich krain na ciężkim, udanym zbożu wyrosła ta moc… tego nie wiem. Jedno co wiem to fakt prawdziwy, iż następnego dnia otwarcie oczu zabolało mnie równie mocno jak dźwiganie worków z piaskiem na starym kutrze we wschodniej Bracji.

Katusze okropne, ból głowy, błyski i mroczki w oczach. Zanim wstałem, ziemia musiała przestać się pode mną wiercić. Sufit uspokoił się po godzinie, wcześniej dryfował od okna do okna wzmagając torsję. Zmęczony piciem obiecałem sobie, że nie wezmę do gęby tego trunku nigdy więcej. I tym razem dotrzymam słowa…. Wypuściwszy z siebie ostatnie wspomnienie miejscowej kuchni, otrzepałem spodnie, umyłem twarz i rozejrzałem się w izbie, której chyba miałem przyjemność zostać położonym do snu. Mili ludzie zadbali o moje wygody stawiając obok legowiska miskę pokaźnych rozmiarów i kubeł zimnej wody.

- panic, juści diabelnie sponiewierany… widzim to po ockach. satansko poobracanych na kazde strone świata… hehehehe – śmiech wiedźmy mnie prawie o zawał przyprawił. Pojawiła się spod ziemi baba jedna. No bo nie słyszałem jak włazi. A może całą noc tu była, sepleniąca starucha… brrr…. dreszcze mną wstrząsnęły na całem ciele.

- dzień dobry kobiet – to Wyście mnie do snu tutaj zaprowadzili? – zapytałem grzecznościowo, mierząc okiem półprzytomnem odległość od łóżka do drzwi.. ech chyba zamkniętych…

- a juści, nie ja, jeno diabli panica nieśli – hehehehehe – się odezwała i szybko dodała – carci wiedzą tyle, że stary Wkręcioł z synowymi nosili – tfu! baba gada z diabłem w kolejce, co wyraz to czart

- to ja już pójdę Bóg zapł… dziękuję kobieto – rzekłem, wciskając miedziaka w stare szponiaste łapska, wycofując się rakiem do drzwi…. – dziękuję dobra kobieto, dajcie sie przewietrzyć bo upitce muszę powietrza zażyć…

- a zażywajcie panicu, niech was tylko nie wywieje na jakiejś chorobe bo dzisioj wietsyk jak Diabli – tu się zaśmiała i drzwi otwierając wylazła ciągając miskę moich wymiocin z brzękiem po podłodze. Tyłem szła i nie zauważyła dużego dziada z kijem na swojej drodze. Wlazła na dziada, buta mu ostro zawartością miednicy polewając…

- a Ty kurwooo szatańska… leź mi z drogi! – stary kija wycelował i w garb staruchę rąbnął aż w sękach zatrzeszczał… – Posprzątasz później, teraz Panicz z nami w las pójdzie, bagna okiem ocenić i cuda opisać swym jasnym rozumem… Pódź pan no ze mną, na kaca tylko dobro praca… spacerek się przydo a i klina mam w zapasie, co się rąbnie w międzyczasie…

Nim odkorkował flaszkę, już wiedziałem, że drugi but też zostanie zaraz zawartością mych trzewi oszpecony. Starucha się w tle zaśmiała i drzwiami chałupy trzasnęła tak, że chop nie zdążył się usunąć z drogi mej słabości żołądkowej.

Zarówno czarownica, jak i rymujący od niechcenia staruch wprawili mnie w nastrój coraz bardziej zmuszający do refleksyji nad sensem pobytu dłuższego w Mogiłkach. Chyba tylko słabość związana z pijaństwem powstrzymała mnie od ucieczki. Szybko się pozbierałem, za buta grzecznie przeprosiłem i za starym polazłem. Przed chałupą mnie powitał jednooki, kilku miejscowych z kijami i toporami oraz stadko dzieciaków, które za nogi ojców chwytały by się z nimi zabrać.

Poleźliśmy. W las i bagna, które w najbliższym czasie miały wiele przede mną tajemnic odkryć i spowodować, że Mogiłki na trwałe w mej świadomości się jako koszmar zapiszą.

Topola by Smyr

topola.jpg
Odcinek 5, w którym poznaję uroki życia i… picia na wsi,

Toast, który za Mogiłki wypiliśmy był początkiem dopiero. Już nikt go nie pamiętał, wielu już nic nie czuło, co niektórzy siedzieli ale z oczami zamkniętymi buszowali na oślep w mrokach upojenia gorzałką. W zadymionej knajpie robiło się coraz weselej, atmosfera gęstniała z godziny na godzinę. Zapach grochowej mieszał się ze smrodem palonej machorki. Baby poobrażane porozchodziły się do chałup, niezadowolone zabrały płaczące dzieciaki ze sobą. Jedna się tylko ostała, w koncie siedziała na kamiennym schodku i kołysała się nerwowo. Starucha miała ze sto lat i na wiedźmę mi wyglądała. ale nie o niej teraz mi czas gadać…
A my piliśmy jak wielbłądy przed dłuższą wyprawą, z boku jakbyś na nas spojrzał to byś pomyślał że ta wyprawa wokół ziemi ma być poczyniona… Zrobiło się tak szaro, że samo dojście pomiędzy ławami po następną kolejkę ciepłej wódki graniczyło z cudem. Ja siedziałem ze starcem w koncie i co chwila kłanialiśmy się z toastami przed coraz większą artylerią pustych flaszek. Mocny trunek podawali, po godzinie miałem wrażenie, że nie powinienem z ciężkiej dębowej ławy krytej futrem niedźwiedzia już wstawać. Kołysałem się z boku na bok i coraz bliżej mi było do tych wszystkich prostych, wiejskich ludzi. Pokochałem ich w drugiej godzinie picia. Właściwie bez rozmowy, tylko z toastami za kogoś zmarłego lub czyjeś dzieci świeżo narodzone. Tym językiem dobrnęliśmy do późnych godzin nocnych. Zaczęły się przyśpiewki. W tle pierwsze takty prostej ludowej melodii poleciały.

- polej, popij i podymaj – tej zasady nie pomijaj, hopsa! – zawył nagle mój współbiesiadnik wybałuszając swe jedno zdrowe oko. Teraz wydawało mi się bardziej rybie niż ludzkie. Posoka popłynęła mojemu śpiewakowi z mięsistych warg a pięści zakołysały się w rytm przyśpiewce wtórując. Starzec tym niezapowiedzianym występem wyskoczył jak filip z konopi, powodując, że podskoczyłem i wypuściłem kieliszek z ręki na podłogę. Zdębiałem, jednak w przypływie pijackiej werwy, zaklęsnąłem w dłonie, splunąłem siarczyście na podłogę [co w moich stronach raczej niepodobne i niegodne] i wyklepując po udach nowy rytm ryknąłem.

- Zosia w grządkach się wypina, chce by podlał ją Jaś z młyna! Juści!!! – ryknąłem i osiadłem miękko na swoje miejsce, a tu niczym makiem zasiał… cisza w całej gospodzie. Muzycy z fałszem urwali granie, szklanki i łychy w powietrzu zastygły. Spojrzenia wszystkich poleciały w stronę dziada, z którym piłem. „Ten staruch to szyszka jakaś” to wiedziałem, ale taka ważna? Teraz ze strachu nieco zacząłem trzeźwieć i też, z na wpół rozdziawioną gębą spoglądałem nabożnie na jednookiego skubańca. Cisza trwała wieki, nawet szary dym, wydawało się że ze strachu, zatrzymał się w miejscu.

 

 

- …i śpiewać umi skubaniec!!! – usłyszałem i… – hopsa! – ryk zarzynanego wołu wypełnił salkę. Mój staruch uśmiechnął się do mnie, pokazując tym aprobatę i pół klawiatury żółtych i czarnych kłów.

- hoooopsa! – ryknęła cała gawiedź a kapela, jak na pozwolenie, zagrała kolejną polkę… – choć, czy to polka była to nie wspomnę do dziś, gdyż alkoholowy szum wymazał wszystko z mej głowy. Zmęczenie i wysoki procent w gorzałce spowodowały że ciemność zamknęła mi oczy a ciało osunęło się pod ławę.

Topola by Smyr

topola.jpg

Odcinek 4, nazwę wsi poznaję i smak wódki ze starych ziemniaków,

- Ty „człowiekiem drogi” jakimś jesteś? Na włóczęgę lub Cygana mi nie wyglądasz, handlować też niczym raczej nie handlujesz. Dobrze ubrany, dobrze wychowany, nic nie zarzucisz takiemu. Pan jakiś. – spojrzał na mnie znacząco – możesz u nas na trochę zostać ale uważaj na to co teraz powiem, bo nie będę powtarzał tego dwa razy! – jeśli przybyłeś do nas na zwiady, szpiegować dla [ściszył głos] Szekantów planujesz. Długo twoja stopa tutaj nie pobędzie… wierz mi, jak ja się czegoś takiego dowiem. – tu mój niedawno poznany druh od kieliszka wykonał znaczący gest na gardle pociągnięty palcem zamaszyście od lewej do prawej. – to po tobie. Więc gadaj, zanim wypijemy na drugą nogę, co cię sprowadza do wioski?

Druh to był nie lada, siedząc w kącie wyraźnie chronił swą fizjonomię przed innymi, ciekawskimi spojrzeniami. Nie dziwne, bo ten barczysty, nieco wiekowy pan, który jeszcze kwadrans temu grzmiał z kąta do mnie na progu, teraz w całej okazałości się prezentował. Starzec, mimo mocnej budowy ciała, łagodny był kiedy chciał nawet miły, jego śnieżno-białe włosy miały w sobie coś z czarownika. Obraz zaburzał jeden feler… poważny feler. Widok to raczej ciarki przeszywający, gdyby nie miejscowa wódka na starych przepisach robiona, nie zniósł bym tego. Jedno jego oko bielmem mocno przesłonięte i bez ruchu było wpatrzone we mnie. To najstraszniejsze było, że nie to zdrowe oko co się ruszało i widziało we mnie się wpatrywało. To bielmo na wskroś mnie przeszywało, studiując co w mej głowie siedzi. Tak się czułem i zapragnąłem jak najszybciej wyrzucić z siebie prawdziwy powód mego pobytu… czułem że on już wie, ten starzec półślepy co właśnie rozlewał kolejną kolejkę wódki.

- mapy robię, pewnie zauważyłeś me przyrządy naukowe, ten poczciwiec – rzuciłem za siebie na próg gospody, gdzie Wacław grzecznie czekał wpatrując się w nas i nasłuchując bez sukcesu – je zaniósł do pokoju mego, mapy robię, terenu i rozłożenia budowli. Waszą wioskę też nakreślić muszę na papierze, bo przyznam, co dziwne, jej nie ma w żadnym atlasie

- phi! – stary parsknął podnosząc kieliszek do ust, w gotowości do toastu – nie ma i nie będzie, ale jak lubisz mapy kreślić i płacą Ci za to? Kreśl! Proszę bardzo. – już by wychylił sam trzecią ćwierć, jednak zreflektował się i zakrzyknął – Za Mogiłki!!!

- Za Mogiłki! – zakrzyknęła jak na rozkaz cała sala, każdy co miał do toastu przyszykował, ja też mimo szumu wódczanego w głowie szybko podniosłem kieliszek – za Mogiłki – krzyknąłem nie wiedząc jeszcze, że wieś tę nazwę przybrała nie bez powodu.

Topola by Smyr

topola.jpg

Odcinek 3, tu poznaję Słomiana i dowiaduję się, że „Szekantów” się nie lubi w tej wiosce…

Jedna z chałup wystawała mniej niż reszta. Wydaje się że cała tkwiła w ziemi. Tylko czarny, osmolony komin wystawał na wysokości średniej jabłoni, która wyrosła w międzyczasie na dachu. To przedziwne miejsce, naprawdę czyż ludzie tu nie znają współczesnej architektury? Na cóż postęp, elektryfikacja wsi, wspólny wysiłek robotniczo-chłopski ważący ponad 50 lat? Tu czas stoi w miejscu, najwyraźniej ugrzązł razem z jednym z tych domów głęboko w glinie…

- to tu! Tu znajdziemy gościnę, nocleg i towarzystwo to wypitki. Pan idzie za mną. O tu, tu są drzwi. Za tym krzakiem, ech mówiłem Słomianowi, żeby skosił ścierwo.. się nie słucha. Niedługo przez okno będzie łatwiej wejść niźli przez drzwi… mówię panu… – kontynuował swoje, na co ja nie zważałem zbytnio – takie chłopisko jak dąb [podniósł ciężką, czarną od brudu dłoń zaraz nad swoją niską posturę] a taki nierobliwy! Powiadają ludzie, że to waga ciała męczy Słomiana, ten nie ma sił siebie nosić a co dopiero przy codziennych obowiązkach… gdy trzeba popracować. Od budowa taka powiadają, w genach czy w kręgosłupie ma zapisane, mówią! Ja jednak mam swoją teorię, którą z chęcią, jeśli pan pozwoli wyłożę przy dogodnej okazji… a teraz zapraszam do środka, o kwaterę czas zapytać, bo zmrok nadchodzi i lepiej nie być poza domem samemu!

 

Tu się kurdupel wzdrygnął, jakby tabaki łyknął i szybko zanurkował w ukrytych drzwiach, niczym królik w swej norce prowadzący Alicję do zaczarowanej krainy.

Nie ma szans, by opisać zaduch panujący w środku, to ponad ludzkie siły. Dym zmieszany z zapachem ludzkiego potu i potraw głównie na bazie kiszonej kapusty. Mała zapuszczona izba wypełniona stołkami, taboretami, krzesełkami i stolikami, a przy każdym siedziało po dwóch, trzech chłopów. Wszyscy chyba tu byli. Cała męska populacja wsi się zebrała. Jak na naradzie, jak na zebraniu. Gospodarzem wydawał się rosły mężczyzna, bardzo wysoki i ciężki, oparty o małą, wąską ladę. Jego łokcie były tak ogromne, że bez problemu wystawały poza kantor, zahaczając z jednej strony o własny brzuch a z drugiej o barmana co próbował omijać nową przeszkodę w podawaniu wódki. To Słomian, pomyślałem. Do niego o nocleg trzeba iść.

Tyle na początek, przy wejściu do karczmy, nie zauważyłem nawet jak wszyscy zamilkli i spojrzeli na mnie jednocześnie, byłem właśnie w trakcie oganiania się od dymu wypuszczonego przez starego dziada. Ten siedząc prawie na progu, nie zważał że się po nim chodzi, tylko pykał starą faję, tworząc zasłonę dymną w wejściu. Cisza. Jak makiem zasiał, zapadła cisza. Spojrzenia skierowane na mnie nie były wrogie, raczej ciekawskie, tak jak bym z kosmosu zszedł do tej wioski i miał zacząć jakie cuda odprawiać zaraz.

- ktoś ty?! – donośne pytanie padło prosto z ciemnego kąta, najdalej odsuniętego, nie widziałem twarzy pytającego, wychyliłem się w stronę sali i chciałem odpowiedzieć, ale…

- to pan turysta przyjechał odwiedzić nasze strony, na kilka dni jeśli pan Bóg pozwoli i pogodę ześle, a to wieeelki uczony… – mój nowy przewodnik zamienił się nagle w mojego reprezentanta…

- milcz Wacław, bo Ci te gębę obsztorcuję tak, że do świętego Przemka będziesz strupy zrywał!!! – przerwał złowrogo nieznajomy i powtórzył – ktoś ty?!

- Jam Janosz – dumnie zakrzyknąłem w stronę pytającego kąta, sala zaszemrała – gościny szukam, chcę tu na kilka dni zostać, jeśli łaskawie mnie przyjmą – dodałem znacząco patrząc na dużego przy barze. Tak to musiał być Słomian.

- Pytam czyś aby nie Szekant jaki! Bo jak tak – wszyscy z lękiem przeżegnali się na słuch o wspomnianym… – to wara z mojej wioski

- Szekant, Szekant… – zaszemrało, ja nie wiedziałem o co chodzi

- Jaki szekant, to pan z wielkich stron pochodzący, podróżnik, naszym małym przytulnym wioskowym życiem zainteresowany. To nie grzech przecież studiować zwyczaje innych, korzystając z ich gościnności – w dobrym tonie jest gościć… – Wacław dwoił się i troił

- Nie znam Waszych wrogów, ale do Szekantów się nie zaliczam – odetchnęli z ulg, kąt chyba też…

- Słomian, gościnę szykuj dla turysty – duży odkleił się od baru i wolno sunął w mym kierunku po torby podawane już przez gadającego pod nosem Wacława – a Pana zapraszam do stolika! – ton kąta zmienił się nie do poznania, cała sala znowu zahuczała śmiechem i plotkami. Skierowałem się w tamtą stronę, by poznać tego co Szekantów nie lubi…

Topola by Smyr

topola.jpg

Odcinek 2, czyli jak spotkałem nieocenionego przewodnika i poliglotę Wacława…

- nie przeczę, że jest nienajlepiej widziane w dobrym towarzystwie wtrącać się w nie swoje sprawy… jak najbardziej znam te regułę i najlepiej bym się jej trzymał od zawsze, jednak Pan turysta, i jak widzę szuka noclegu w tych zapomnianych przez Pana Boga stronach? Gościnca, trunku i posiłku przed snem?

- Aaach! – krzyknąłem oszalały ze strachu, człowiek do mnie mówiący pojawił się jak spod ziemi, przestraszył mnie tym swoim „wejściem”. Tym bardziej, że to gość niepozorny, przez naturę we wzroście oszczędzony na korzyść wszystkich innych i ciężko go zauważyć…

- Aach! Ach! – zainspirowany moim okrzykiem zaczął głośno naśladować i zastanawiać się jednocześnie – czyli Skandynawska nacja jakaś, u nas mało turystów nawet z sąsiedniej wsi posyłają tylko mleczarza, a patrzcie Państwo mamy Szweda, Norwega, Fina lub innego potomka wielkich Wikingów – mówił do siebie, a usta mu się nie zamykały… – Ach! Acha! [ukłonił się w powitaniu, intonując achy odpowiednio] Ja przewodnik [wskazał na się palcem], ja dobry człowiek stąd, jeść – Ach! Ach! [padło z wskazaniem na usta]. Ach? Ach? – zapytał, czy rozumiem chyba…

- Milcz głupcze! – krzyknąłem podirytowany, ten jednak się bardziej zdenerwował, lekko speszony zaczął się cofać w przerażeniu. Ale natychmiast zrozumiał swój błąd i uśmiechnął się szeroko, ja kontynuowałem – Język twój znam i rozumiem, co do mnie mówisz! Mów tylko po naszemu… a jeśli chodzi o gościnę – prowadź, suto wynagrodzę!

Topola by Smyr

topola.jpg

Odcinek 1, czyli tu ostanę się na wieki…

Wieś wyglądała na bardzo starą, chaty porozrzucane w nieprzemyślany sposób w zasadzie nie tworzyły żadnego, dotąd mi znanego porządku. Chałupy pokryte porośniętą trawami strzechą chyliły się ku ziemi, powoli wrastając w nią, zatapiając się coraz głębiej. Te większe domy już część parterowych, wąskich okien nie była widoczna, głęboko wpadając w czarnoziem i krzaki. Nie było ulic, chodników, jedynym sposobem na dotarcie gdziekolwiek pozostało skorzystanie z wydeptanych mniej lub bardziej ścieżek. Patrząc na tę sieć drobnych ścieżyn, od razu można zgadnąć, który z gospodarzy jest najczęściej odwiedzany, który z nich jest najpopularniejszy. Wszystko to zlewało się w obraz klasycznej prowincji, nie dziwi nic… nie dziwią stare, walące się chałupy, nie dziwią panujące tu nieporządki i przysłowiowe psy szczekające dupami. Nawet diabeł raczej dobranoc przestał tu mówić i przeniósł się do dziury mniej zapadłej. To wszystko zrozumiałe w tych czasach, wszystko poza jednym. Poza rzeczą, która musiała zwrócić na siebie moją uwagę… Przykuła moją uwagę i od razu zmroziła krew w żyłach. Poczułem na całym ciele, jak wszystkie włoski podnoszą się zelektryzowane tym widokiem. „Cóż to takiego?” pyta rozsądek, „ciekawe!” podpowiada ciemna strona mej natury… To centralnie położone miejsce we wsi, na wydeptanej w kółko ziemi stara, może nawet kilkuset letnia topola. Takiej starej topoli nie widziałem nawet podczas swojej poprzedniej wizyty w Transylwanii, gdzie klimat sprzyja starym drzewom. Tu we wschodniej Polsce, na granicy z Białorusią taka stara topola to prawdziwy skarb przyrody. Jednak nie w takiej postaci, nie można tego było traktować jako skarb, raczej jako przekleństwo. To, co przykuło moją uwagę, zmroziło moje myśli… to co na niej wisiało, raczej Ci którzy wisieli, zawładnęło mą duszą.

Lekko dyndająca na chłodnym sierpniowym wietrze para wisielców; ojciec i syn chyba… za co wisieli? Nie wiem. Czy to w tych stronach popularny sposób na rzezimieszków i sprawców wszelkiego zła? Tak. Ale z kotem przywiązanym do lewej nogi każdego z nieboszczyków?! Jakże to, pomyślałem, wieszać… zdechłego kota na nieboszczyku. Cóż ten Bogu ducha winny chłop, jeden z drugim uczynił, by zdobić jego rozkładające się truchło czarnem kotem? Na lewej nodze? To podejrzane wielce, jestem pewien że dawnemi czasy nawet samobójców i łajdaków tak nie poniewierano… nie ma innej rady, jak zapytać. Na razie o gospodę i nocleg jakiś, a w tak zwanym międzyczasie, przy dzbanie grzańca o tych biedaków. Za co i dlaczego tak potraktowano te parkę. Już ja się wszystkiego dowiem, mam sposoby na prostego autochtona, który jak na spowiedzi zabaje niejedną opowieść o tej wsi… tak, zapragnąłem na dłużej tu zostać, zrobić przerwę w mej podróży. Przerażała mnie i podniecała perspektywa pobytu w tym niegościnnym i zapadłym zaścianku. Podniecała w większym stopniu, na raz zawładnęła mną pokusa odkrycia ciemnej strony tego miejsca… tak, ooo tak! Och, dzięki Ci Panie za zeszłoroczną podróż do ziemi świętej. Późno się zaczęło robić, bagaży miałem niewiele, tyle co rzeczy niezbędne, blok kreślarski, notatnik, cyrkiel i liczydło, rzeczy niezbędne przy podróżach tego typu. Musiałem szukać, mierzyć, szkicować i opisywać niejedną razom twarzą w twarz bestii siarką ziejącej. Podręczny notatnik zapełnił się spostrzeżeniami i na gorąco zadanymi tematami… czemu tu? Czemu kot? Czy ma znaczenie rodzinne wieszanie? I to, przy czym ręka podniecona zawsze drży i łamie litery… czy spotkam tu bestię?