Delikatne promienie porannego słońca zaczęły powoli dotykać zmęczonej niespokojnym snem twarzy Adelli. Jakby z niezadowoleniem, wykrzywiła się w grymasie jej buzia, promienie szybko przebiegły refleksami liści za oknem… i zniknęły za przypadkową chmurką. Adella powoli otworzyła oczy, westchnęła i przeciągnęła się niczym mały kociak w swym kocim kącie. Szybko rozejrzała się, poprawiła natychmiast słuchawkę, jakby w oczekiwaniu na kolejny telefon i wyprasowała zgrabnym ruchem dłoni kant spódnicy. Wstała i spojrzała zadowolona za okno. Nie padało. Niebo, choć wypełnione małymi chmurkami, zachwyciło ją. Uśmiechnęła się. “Nie pada” – pomyślała na głos i ruszyła raźnym krokiem przed siebie. Po drodze zrzuciła buty i boso wyszła z chaty.
Wilgotne zimno podwórkowej gliny masowało stopy Adelli i sprawiało, że czuła się rześko. Wiatr rozczesał wesoło jej fryzurę na boki, malując szeroki uśmiech. Oczy, choć zmęczone brakiem spokojnego snu, rozbłysły na nowo. Dziewczyna, zapominając o wszystkich troskach rzuciła się biegiem w stronę porzuconego pośrodku pola starego drzewa. Glina zamieniła się w przyjemną, atłasową trawę. Wszystko po deszczu natychmiast urosło, wszystko w przeczuciu nieuniknionego powrotu deszczu rozpychało się na swych kawałkach ziemi. Rośliny rosły w oczach, Adella cieszyła się z nimi. Wiatr wesoło wyginał drzewem, jakby zapraszając do tańca. A. szybko znalazła się przy swojej staruszce, która teraz dawała jej oparcie o krótkim wysiłku. Oparła się o pień i zamknęła oczy na moment wczuwając się w ruch drzewa. To kołysanie sprawiło, że stało się wszystko płynne, powietrze wypełnił zapach płynącej z zakamarków kory gęstej bursztynowej żywicy. Liście przygrywały kolejną melodię specjalnie dla Adelli. Ona uśmiechnięta osunęła się na miękki mech i powoli rozejrzała się po posiadłości. Czas jakiś studiowała kształt domu, “nie jest taaki stary” pomyślała “a pewnie! jest piękny” odpowiadała sobie po cichutku. Inaczej patrzyła na wszystko, szczęście wróciło bardzo szybko do jej serca. Czy na długo?
- Czy na długo? – to pytanie przez chwilę spowiło cieniem jej oblicze. Jednak natychmiast zapomniała o nim, widząc jak na niebie przelatuje klucz dzikich kaczek. Pozdrowiła jej wesoło i policzyła, jeden-trzy-sześć…
dwanaście! pięknie, pięknie bo dzisiaj wszystko jest piękne. To nic, że zostało jej tak niewiele czasu… ona chce by już nie padało… nie padało do końca. Jej końca.
