Archive for Grudzień, 2010

Topola by Smyr

Odcinek 8 Gdy prawda na wierzch wypływa, a trup ukazuje swoje diabelskie oblicze

Na podwórku jak na progu rzeźnika z tyłu sklepu… krew się leje, flaki rozszarpane sponiewierane przez jakieś dzikie zwierzę chyba. Cała wieś się zleciała i gapi na babę wznoszącą trzęsące ramiona ku niebu. Wrzeszczy, pomstuje i podnosi co chwilę głowę nieboraka we własnym mózgu umorusanego…

- co on Ci takiego zrobił…?! O najświętsza panienko… u iii…

- syn Marcinowy – rzucił mi do ucha Wacław – chłopaka poznaję po większym niż zwykle…

- milcz! – przerwałem, zresztą już nie pierwszy raz – dajcie miejsca, zbadać okoliczności trzeba, może jeszcze ślady jakieś zostawiliście, odsuńcie się ludzie – krzyknąłem wokół siebie i już przeciskam się do jeszcze ciepłego chłopa. Dawny instynkt komisarza wyostrzył me zmysły, łokciami podparty już w puste oczy spozieram biedaka. Czaszkę badam… zmiażdżona, brzuch jak worek z ziemniakami przerzucony ze dwa razy o ziemię. Ręce czyste, nie bronił się. Ślady pazurów albo kłów i pazurów szarpane i miażdżone. Raczej zwierzę było przyczyną tej masakry, no bo czy człowiek mógł taki bajzel zostawić. Niezły klops! – pomyślałem i moją uwagę przyciągnął jeden szczegół… zastygłem w bezruchu, pot oblał mi plecy. To przecież nie… cholercia!!!

- odsuń się pan, szkoda się brudzić, my tu wiemy kto i zacz to uczynił – z daleka widać – splunął na bok podkreślając swój osąd jednooki starzec – prawda chłopy?!

- tak, tak. Szekant jego mać! Nie kto inny. Nic nie zrobisz. Psia jucha nie powinien wychodzić po zmroku bez obstawy – w tłumie głosy się odezwały – po zmroku i większej gorzałce. Ech, młodzi.

- nie widzę powodu, dlaczego, mamy to tak zostawiać – szybko chwyciłem za urwaną część koszuli ofiary i podniosłem nad ciałem, by jasno wszyscy zobaczyli, co pod nią się kryło – wiadomość.

- co? Co pan mi tu… – stary przerwał i zatkało mu trzewia na widok tego, co gołe ciało miało na sobie zaraz pod lewą piersią.

Trupowi skóry brakowało pod sercem. Wycięta pięknie i na wzór w kształcie koła.

- wiadomość od mordercy, tego bestia nie mogła zrobić, prawda Panie? – rzuciłem odważne spojrzenie w oczy staremu a raczej w to jego jedno co mnie śledzi z bielmem na przedzie…

- to nie wiadomość to chłopakowy obrazek z marynarki jeszcze ktoś dziabnął –  wtrącił nagle pojawiając się znikąd stary wielki chłop, co łapami w kieszeniach przekręcał i zimno na zwłoki patrzył

- patrz ociec co zrobili naszemu pierworodnemu, patrz ouuuu iii – zawyła kobieta tuląc truchło w ramionach

- zostaw! – rzucił ostrzegawczo chłop do żony, mnie posłał mrożące krew w żyłach spojrzenie i gestem jakby z kieszeni wyjętym coś chciał dodać…

- no znak czy wiadomość, tak czy siak zbadać trzeba, jeśli tatuaż tu był a wycięty to może być dla nas poszlaka… – do siebie głośno dodałem.

- nam to proszę zostawić, Marcinowego synalca zaniesiemy do chłodni, tam się spotkamy – stary odsunął laską babę od syna, skinął na dwóch pierwszych z brzegu mężczyzn, a ci już zaczęli pakować resztki chłopaka na koryto co obok leżało.

- jeśli ma pan ochotę nam potowarzyszyć, zapraszam, widok nie będzie jednak miły, uprzedzam…

- nie takie rzeczy… – w język się ugryzłem.

- ciekawe macie w tym mieście sposoby wsi mierzenia oj ciekawe! – rzucił stary z bliska mi patrząc w twarz – chętnie posłucham wyjaśnień w drodze na trupa badanie.

Nie mogłem odmówić, z jednej strony rzekłem za dużo, z drugiej patrząc – ciekawość dawnych czasów była silniejsza.

- wezmę kilka rzeczy z pokoju i zaraz dołączę…

- tego pan szukasz – z drwiną w głosie Słomian mą walizeczkę ściskał tuż nad moją głową. Było więcej do wyjaśniania zapewne niż myślałem.

- spocznij, odmaszerować – w kłębach dymu generał przytupnął za Słomianem i we mnie suchym paluchem na 20 centymetrów celował, tuż przy wąsie kręcąc koła.

Topola by Smyr

Odcinek 7 Gdy dowiedziałem się, że służba nie drużba a i najlepszych chłopaków w wojsku się poznaje!

Zanim wyruszyliśmy, Wacław, zobaczywszy na mej twarzy okropne zmęczenie i mizerotę spowodowaną pijaństwem, postanowił mnie leczyć… na początku myślałem, że to nie jest dobry pomysł. Jednak każdy krok przyprawiał o zawroty głowy, słońce piekielnie pod powieki szkłem tłuczonym się wciskały i wszystko w skrócie mówiąc do głębszej refleksji raczej tylko zmuszało. Wacław zaciągnął mnie za rękaw w dół wsi, do chałupy wysuniętej najbliżej lasu.

- pan miastowy, pić nie umi! Ale my tu mamy dla takich sucharków swoją klinikę, co zdrowie daje i lżejsze myślenie przywraca w try miga!

- dobra, prowadź, tylko nie szarp bo ciężko dycham po tych waszych samogonach! – poprawiłem kurtkę i starając się utrzymać w miarę prosto do wskazanej chaty za Wacławem wkroczyłem.

A chata to była niezmiernie zapuszczona, pajęczyny obsadzały większą część sufitu i już do podłogi schodziły. Zapotrzebowanie na wietrzenie sięgało zapewne zeszłorocznych upałów, meble na swój pogrzeb czekały daremnie – stara szafa z jedną parą drzwi… dwa taborety bujane na rdzawych gwoździach i niski, zmurszały stół a ławą raczej pachnący karczmianą był. Gospodarz od razu mnie przywitał jak należy, wstając zza stołu i klepiąc się po bokach łapami wielkimi niczym szufle do pieczenia chleba.

- hehehe… cóż mi Waek za denata wprowadzasz do mej izby!?? Hehehe – to ten pan miastowy, co mawiają że mierzy wszystko w Mogiłkach, byśmy sławni byli na kilka wiorst i setkę gęb ze wsi bok, hę?

Zmierzyłem go nieuprzejmie skacowanym wzrokiem i ukłoniłem się szybko.

- dzień dobry, panu. Wacław wspomniał po drodze, że może pan mi pomóc w pewnej, nie ukrywam delikatnej sprawie…

- hehehe – niech będzie pochwalony, wygadanyś panie widzę, ale pić nie umisz!!! Hehehe

- uzdrowić trzeba jaśnie pana, bo do lasu na polowanie się z nami wszystkiemi wybiero!!! – wacław zdał szybki raport

- aaa… do lasu. No jeśli tak to i uzdrowić i… namaścić na zaś by trzeba – i tu znowu parsknął śmiechem rubasznym i dłońmi o biodra zaczął uderzać – siadaj pan przy stoliczku, zaraz podam co trzeba!

Posadziłem tyłek na najbardziej, jak mi się błędnie wydawało, stabilnym siedzisku i zacząłem drżeć ni to z zimna i pocić się z gorąca – nie dobez, pomyślałem, nie dobrze się ma przygoda zaczyna! Mój giermek, Wacławem zwany, przycupnął w końcie naprzeciwko i od razu za jakim kawałkiem jedzenie zaczął łypać… a gospodarz wielkimi łapskami z wielkim hukiem zaczął w jednodrzwiowej szafie przeszukiwać słoje i dzbany.

- gdzieś tu miałem to… – sapać zaczął – pan raczy poczekać, znajdę i podam a ręką odjął będzie za kwadransik cały ten pański hehe zmęczenie.

Z hukiem potrącił duży słoik i stanął kotu na ogon, całkiem łysemu ze starości sierściuchowi, co razem nie lada koncert na skołowane me pijackie męki zagrało. Kot czmychnął na ręce Wacławowi i bez zbędnych pytań zaczał wylizywać mu twarz swym liszajowym starym pyskiem. On też miał jedno oko – przez myśl mi przeszło – ten kot pewnie stary i ważny jak wczorajszy kompan do picia mój!

- a jest! – wielkie łapy capnęły zakurzony słój i na stół uniosły, wyganiając spod siebie muchy i pająki.

- baczność!!! – tu naraz w drzwiach rozwartych na oścież, iście bajowa postać się ukazała. Od razu wstałem i nie wiedzieć, czemu pierś wypiąłem jak na warcie. Nikt inny poza mną i kotem tego nie zanotował. W drzwiach pojawił się starszy, na oko stuletni pan. Z fajką długą na pół łokcia w zębiskach, wąsem malowniczo podkręconym na rumiane jeszcze policzki i binoklem w lewym oku. Na głowie miał fantazyjną, papierową jak do malowania przygotowaną, czapę, na piersi mundur jeszcze z napoleońskich czasów pełen orderów i …breloczków. Mimo, że wydawało się iż stary wariat, nie mogłem się opanować i stałem jak głupek w szeregu przed generałem.

- spocznij!!! – zagrzmiało, ze starej piersi w oparach fajkowego dymu

- aaa pan generał! Prosiemy, prosiemy. Gość w dom óg w domu. Znad słoja gruchnął mój przyszły wybawca. Wacław zasalutował z uśmieszkiem i do głaskania starego sierściuch wrócił, nic nie mówiąc.

- spocznij, spocznij. Co my tu mamy, hę? – binokl wyprężył się w mą stronę niczym wąż dusiciel na wróbelka łypiąc – dezerter, do stu beczek prochu!!! Dezerter czy symulant, powiedzcie mi prawdę Wojciechu, czy nie szykujecie znowu jakieś trutki na tego robaczka, by na front nie szedł i byle zołzą się wykręcał czy katarkiem, hę? – pyk z fajeczki.

- a. ten, nieee… to nasz gość, struł się nalewką Jana – uśmiechnął się słoikowy gospodarz. – panie generale, pan sieada.

- baczność!!! – zagrzmiało nad wyraz głośno z piersi starca, znów wstałem i znów od tego wstawania powstrzymać się nie umiałem – spocznij.

Starzec podszedł do mnie i zaczął obwąchiwać mą postać skromną, prosto w twaz machorką pykając.

Janie, ten młodzieniec zdrowy jest, klnę się na swoje lata! Posłuży jeszcze w naszej kampanii wiele dni. Taak… – tu puknął końcem fajki w mą pierś – młody i gotowy, i armate podtoczy i dziewuchę z chałupy wyciągnie. Zdrowyś! Nie symuluj chopcze, gdy Cię ojczyzna wzywa. Tak. Spocznij!

- panie jenerale, toż to cywil, nie na służbę się do nas wybrał a ino na mierzenie naszych pięknych włości – wacław wtrącił i kota strącił. Ten prychnął i pod stół uciekł.

- Wacek powiadasz, że nie na służbę, hę? Na prześpiegi może!!! Co? Gadaj! Pókim nie wyjął pukawki, by ci łeb przestrzelić, a strzelić potrafię, prawda chłopaki!!!?

- tak! – przytaknął zajęty słojem gospodarz.

- gadajże! – stary się uniósł na palce, bo wzrostu krnąbrnego był i rzucił mi w oczy – jak wypalę, to se dziuplę dzięcioł urządzi w twej czuprynie, że hej!!!

- ja nie! Mierzyć naukowo nie na przespziefie pyzybyłem – od razu wypaliłem , lekko drżąć.

- tak…tak. Baczność!!!

- dobrze. Pogadaliśsmy soie a tu trzeba wypić trochę dla zdrowia panie. – tu mi duże łapy podały jakiś wycią z ogórków kiszonych i czosnku pod nos. Sk®eciło strasznie, mysle znowu będę rzygał ale nie… wziąłem do ust to świnstwo i na baczność wciąż stojac wypiłem jednym chaustem. Bo przecież starym mnie roztrzela a tu kaca przyszedłem leczyć a nie komisję wojskową zaliczać zaraz…

- spocznij. Pijcie do końca, za zdrowie cesarza! I do raportu stańcei mi zaraz. A ty janie upewnij się że zdrów gagatek i strzelać może na pierwszej linii. Tak. Baczność!

Nie zwracając uwagi na generała, jego fajkę i pistolet za pasem, wypiłem do końca koszmarną w smaku i miksturę i przysiafłem z powrotem na taborcie. W głowie przestało wirować, odbiło się strasznie i mrowienie w plecah przeleciało, jakby mnie prądem popiesciło.

- no i dobrze już będzie!

- dziękuję, lepiej – wysapałem, znad miski.

Wtem za oknem krzyk okropny rozdarł wiejską sielankę, kobeita jakby umarłego zobaczyła, tak zawyał. Wszyscy się poderwaliśmu i do wyjsciach pobiegliśmy, tylko strauszek generał został w tyle i fajką wymachując wykrzyczał

- strzelają, psubraty, atakują z flanki, baczność spocznij cholery!!! Do walki się gotować chłopcy, wojna!!! Wojna!!!!

A to nie wojna, to rzeź się szykowała, o czym zaraz miałem się przekonać wprost na podwórku przed chałupą…

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.