Archiwum dlaluty, 2009

“a mury runą”

bezc2a0tytulu1

Wszystko zaczęło się w sobotę, 13 grudnia. Pewnie mi nie uwierzycie, jednak stało się to naprawdę. Z panem Ryśkiem, moim sąsiadem z bloku, umówiliśmy się na remont kuchni. Miałem mu pomóc w zrywaniu boazerii. Tak po prostu, po sąsiedzku się dogadaliśmy. Ja pomogę zrywać boazerię, on pomoże mi z tynkowaniem łazienki. Pan Rysiek całkiem niedawno się wprowadził, wcześniej mieszkanie zajmował jakiś mundurowy z żoną. Miłośnik ciemnej boazerii… Podobno ubek, ona mi bliżej nieznana, podobno wdowa. Ale bardzo mili oboje i sąsiedzi się na nich nie skarżyli za bardzo. Ot, proza życia, jak to pan Rysiek zwykł mawiać, nie ma co wnikać.

Kuchenna boazeria wyglądała na bardzo starą. Z lat osiemdziesiątych pewnie. Dużo roboty z nią było. Pan Rysiek równie ochoczo zabrał się za zrywanie pierwszych desek. Szło nam nieźle, obaj rąbaliśmy wesoło przy dźwiękach grającego radia i piance świeżo napoczętego Żywca. Zapowiadało się, że skończymy dużo wcześniej, do czasu, gdy stało się coś dziwnego. W połowie kolejnej drewnianej ściany usłyszeliśmy… jakieś krzyki.

- bandyci, czerwone świnie! żywcem mnie nie weźmiecie!- brzmiało całkiem realnie i groźnie w samym środku kuchni na wpół rozwalonej.

Z sąsiadem popatrzyliśmy się na siebie… na piwa, które ledwie co zaczęte… Nie! Nie możliwe… A żaden z nas nie miał pojęcia skąd te krzyki dochodziły, jednak obaj wyraźnie usłyszeliśmy kilka stłumionych słów…

- to jakieś obchody znowu, to z radia albo z ulicy! Młodzież pragnie uczcić rocznicę, no wie Pan, jakiś koncert, czy inna “historyczna inscenizacja kostiumowa…” – wytłumaczył sąsiad i przyciszył radio, by się upewnić że nic na nas już znikąd nie nakrzyczy.

Wróciliśmy do roboty, kolejne uderzenie w starą listwę boazerii wywołało w nas przerażenie.

- zomo-faszyści! Precz z komuną, preeecz z komuną!!! – tego nie udało się niczym wytłumaczyć.

Pan Rysiek zdębiał, aż mu młotek poleciał z ręki na podłogę, aż mu piwko się zakołysało w dłoni… Natomiast ja zacząłem się zastanawiać, skąd to leci… gdzie oni tę “inscenizację” robią. No bo telewizor wyłączony, okno zamknięte. Cholera, głośna ta młodzież… Może się niesie z innego mieszkania. Chwyciłem młotek i zamachnąłem się na ostatni bastion drewnianej ściany… giń cholerna ciemnoto! Dodałem sobie w myślach dla większego uderzenia. Sporo poleciało tego drewna. Zakurzyło się, rozjaśniło kawałkiem gołego betonu spod spodu i…

- nie rzucim ziemi skąd nasz ród, nie damy pogrześć moowy…! – rozległo się patetyczne pierwsze kilka słów Roty. Obaj stanęliśmy na baczność i odruchowo zawtórowaliśmy całą zwrotkę z niewidzialnym źródłem głosu.

-  Polski my naród, polski lud! – wyraźnie dobiegało ze ściany. To niemożliwe, wyraźnie zza boazerii, którą właśnie kończyliśmy rozbierać.

A my, cali w kurzu i pyle z tymi piwkami wyraźnie zamiast podjąć jakąś racjonalną próbę zareagowania na ewidentne “przesłyszenie”, prężąc w napięciu pierś, kontynuowaliśmy tę jakże patriotyczną pieśń – Królewski szczep Piastooowy!

Pieśń dobiegała zza. Nie z telewizora, nie z radia, zza okna też. Ona była przed naszym nosem odtwarzana… zza boazerii, do cholery!

Obaj, jak w transie, dokończyliśmy kolejną zwrotkę. Wreszcie „ściana boazerii” zamilkła. Odsapnęliśmy głośno i spoglądaliśmy to na siebie, to na boazerię…Każdy z nas pociągnął dla kurażu i zrozumienia absurdalności sytuacji potężnego gula piwa. Pan Rysiek, na palcach, delikatnie, podszedł do zakurzonego fragmentu koszmarnie pomalowanego drewna na ścianie i przyłozył ucho. Dał mi wyraźnie znak, bym uważał i ubezpieczał go na konkretną okazję ewentualnego zamachu!

- panowie, …koledzy! – ryknęła ściana w ucho pana Ryśka. – czy mogę wyjść, jak słyszę sami swoi po drugiej stronie!? teren czysty? – szeptem to coś, co gadało …dodało.

Pan Rysiek niewiele myśląc rzucił się na ścianę i nie patrząc na brak przygotowania technicznego, gołymi rękami szarpnął kolejną deskę. Boazeria odpadła większym kawałkiem. W tumanie kurzu ukazała się drobna postać starszego faceta, który bardzo ostrożnie, rozglądając się wokół siebie, wyszedł w stronę światła.

W jednej chwili, w kuchni pana Ryśka stał mężczyzna spod boazerii. Zdumieni spoglądaliśmy na niego. On równie przerażony, niepewnie spoglądał w stronę innych pomieszczeń, jednocześnie zabezpieczając sobie pełną drogę odwrotu do tyłu.

- panowie sami? Można bezpiecznie rozmawiać? – trwożnie zagadał. Głos mu się łamał, czuło się potworny strach i ulgę wyjścia na świat jednocześnie.

- tak. No w zasadzie to ja i pan Rysiek. – wypaliłem szybko i odruchowo, ludzkim zwyczajem, podałem piweczko mężczyźnie.

- nas dwóch. Remontujemy. Wie pan, boazerię wymieniamy… – uzupełnił sąsiad.

Człowieczek ten był niski, zakurzony i mocno zarośnięty, niczym cholerny Robinson Cruzoe, miał w sobie coś z Robinsona. Pociągnął dwa dłuższe gule podanego chmielu i zagadał dalej.

- rozumiem, zmiany. Inwentaryzacja znaczy się. Bardzo dobre to piwko! – dodał, kończąc butelkę – widać, że eksportowe. z Pewexu? – mrugnął porozumiewawczo do pana Ryśka, który zdumiony, nie myśląc dłużej otworzył kolejną butelkę… człowieczkowi, który rozglądał się już pewniej, jak na swoim i szybko rzucił -Panowie, za Mocnego bez filtra oddałbym wszystko. Miałem wagon fajek, ale rozumiecie… skończyły się bardzo szybko

- ja mam tylko Malboro Ligth, ale pan Rysiek ma Camele. Reflektuje pan kolega? – zaproponowałem z głupia frant. Obaj wyciągnęliśmy swoje paczki w stronę zdziwionego mężczyzny.

- ooo! Trochę się zmieniło przez te parę lat… wezmę te lejty, ładniejsze takie jakieś. – odruchowo urwał filtr i zapalił Malboro a na jego twarzy od razu pojawiło się błogie zadowolenie… – a tak, formalnie, to który mamy rok i co robicie koledzy w moim domu?

Zatkało nas to pytanie. Spojrzeliśmy na siebie, ja na pana Ryśka, on na mnie… odpowiedź niby prosta ale coś tu nie grało…

- 2008 – rzucił Rysiek

- 13 grudnia 2008 roku, sobota – uzupełniłem dla formalności.

- o kurwa! – złapał większego łyka z kolejnej butelki nowo przybyły – tyle lat? Panowie… tyle lat. Trochę się przesiedziało!!! – zaśmiał się jak przez łzy z tej swojej boazerii. Obaj niby rozumiejąc delikatną ironię… też się zaśmialiśmy.

- 27 lat. Czas leci. No tak. – chwila refleksji została przerwana kolejnym, trudnym pytaniem – a Irenka gdzie? Nie ma jej? Znowu coś rzucili, stoi pewnie za mięsem… Jak ona teraz wygląda, po tylu latach. Koledzy, gdzie Irenka?

- kto?

- a przepraszam, nie przedstawiłem się. Lata w podziemiu zrobiły swoje. Gdzie moje maniery… – uśmiechnął się od zarośniętego ucha do ucha – Krótki jestem, Karol Krótki – wyciągnął drobną dłoń. obaj wstrząśnięci przywitaliśmy się z Karolem.

- Rysiek Walczak!

- Józef Nowak, miło mi.

- no to gdzie ta moja żona? I czemu tak długo nie dawała sygnału do wyjścia. Toż to kurwa można parę miesięcy wytrzymać, ale pół życia w tym więźniu… Czy Jaruzel nadal tak ciśnie? Cholera, ten skurwysyn nie zna umiaru. tyle zmarnowanych lat…

- kto? – znowu zapytał Rysiek

- przepraszam za kolegę, wciąż jest w szoku – wytłumaczyłem. Zapaliłem papieroska i zaproponowałem, by Karol usiadł na chwilę. Nie będzie łatwo, pomyślałem i od razu otworzyłem kolejnego browara.

Usiedliśmy we trzech na taboretach pośrodku zrujnowanej boazerii, postawiliśmy na stole piwka i zaczęliśmy od początku…

- Pan, panie Karolu

- Karol, mówi mi Karol.

- Karolu, Ty w tej boazerii siedziałeś od 81ego…?

- no tak. Podjąłem odpowiednie kroki dużo wcześniej, na wypadek wejścia do mieszkania milicji. Do podziemia zeszłem natychmiast, gdy się zaczęło… Pamiętam, jak Irenka rzuciła, że czołgi na ulicach, a ślepy generał zamiast teleranka w telewizji coś o stanie wojennym zapowiada. Nie było innego wyjścia. Mówię: Irena, Ty daj mi sygnał jak to wszystko się skończy. Wtedy wyjdę. Nie mogłem ryzykować. Za dużo miałem na sumieniu, by czerwoni mnie nie ruszyli, rozumiecie?

- nie. To znaczy, nie rozumiemy do końca… – przerwał Rysiek

- no wiecie, kolportaż, małe akcje wywrotowe na osiedlu, kilka razy rzuciłem pod pałacem puszką z czerwoną farbą. Raz byłem na zakładowym spotkaniu z Lechem. Się działo… mówię Wam. Ale – tu przerwał i pochylił się odruchowo nad stołem do nas, i bardzo powoli, cicho rzucił – ale czy to miejsce jest bezpieczne? Pełno tu takich, kurwa, przebierańców się przewinęło, może nie powinniście za dużo wiedzieć? – powiódł wzrokiem po naszych twarzach.

- spokojnie, panie Karolu. Można mówić. My bezpartyjni. Pan Rysiek już dawno, a ja nigdy nie byłem zainteresowany  t y m i  tematami.

- nie no to gra gitara. wiecie, wybaczcie koledzy, ale ostrożności nigdy za wiele… o nie nie. nigdy za wiele. Ściany mają uszy, prawda?

- co? – Rysiek wyraźnie nie wyszedł z szoku…

- oczywiście panie Karolu, pan opozycjonista po przejściach. Tyle lat w podziemiu, rozumiem. Trzeba być ostrożnym. Co do żony to dłuższa historia… Rozumiem, że mieszkała tu z panem kilka lat temu.

- No tak. 23 lata się staraliśmy o wspólne gniazdko, ciężko było. Dopiero teściu, wysoko postawiony, wiecie gdzie, choć zięcia nie tolerował, Irence załatwił przydział na to luksusowe M3. Prawda, że ładnie tu?

- gdzie? – Rysiek nerwowo się rozejrzał po zdewastowanej kuchni

- tak. Zanim o żonie. na początek mam dobrą wiadomość: Panie Karolu,- wziąłem głęboki oddech – Karolu, komunizm upadł! W 1989 roku!

człowieczek zatoczył wpół szalonym wzrokiem, wstał, usiadł. I znowu wstał. Wyciągnął ramiona w naszą stronę i krzyknął w euforii:

- Jezus Maria, to już? No tak, no tak, dlatego mnie wypuściliście, kochani moi! Koledzy jesteśmy wolni! Wiedziałem, że chłopaki z KORu nie odpuszczą, że stoczniowcy nie dadzą sobie w kaszę dmuchać. Niech żyje Polska!!! – ze łzami w oczach zaczął krzyczeć – no mordy moje, dajcie się uściskać na wolnej polskiej ziemi! Dzięki Bogu. Wreszcie.

Obaj rozumiejąc powagę sytuacji, wstaliśmy i wpadliśmy sobie w ramiona. Nie było końca pocałunkom, ściskaniu i poklepywaniu po plecach. Wzruszyliśmy się, to pewne, sąsiad Rysiek nawet wyszedł nieco z szoku bo zanucił, improwizując:

- Jeszcze Polska nie zginęła!

- Nie zginęła! – ryknęliśmy jak na zawołanie z Karolem.

- Wołajcie Irenę, czas wybaczyć dawne grzechy, wolny jestem, nowo narodzony. Niech i ona ma z tego trochę radości. Ech, mordy moje aż by się chciało czymś to uczcić… macie coś, jak rozumiem nie jest lekko bez matki Rosji na rynku małej ojczyźnie się rozwijać, ale wolnej! macie coś z prądem – mrugnął okiem – no wiecie, Igrustoje, Żytnia? nie?

Staliśmy jak barany, obaj nie rozumiejąc oczywistego konfliktu wymieszania czasów przeszłego, tego Karolowego i teraźniejszego czyli tu i teraz.

- z prądem? Karol, mówisz i masz – Rysiek załapał i otworzył swą skromną, dwumetrową, trzy segmentową lodóweczkę made in china. Na drzwiach wesoło zagrał sztab czystej fińskiej… Karol od zawartości lodówki oczu nie mógł oderwać. wiadomo… szok powyzwoleniowy trwał na dobre u niego!

- Cholerka, jest lepiej niż myślałem! Wypijmy za to!

- Rysiek, daj kiełbasę i ogórki, na zakąskę będzie.- poinstruowałem stojącego z Absolutem w dłoniach gospodarza – bo przecież gość nasz nie tylko spragniony, musi na ząb wrzucić.

W trzech szklaneczkach sperliła się mrożona, przyjemna wódeczka, a my nad ogóreczkami, szyneczką, papryczką z hiszpanii oraz chlebkiem pakowanym z niemiec wesoło zapijaliśmy.

- za wolność! – wykrzyczał w ataku powracającej euforii Karol

- za naszą i waszą – z gupia rzucił Rysiek

- za wolność – zakończyłem i zakąsiłem.

Poszło kilka szybkich toastów, w głowie się rozjaśniło, Karol blady pomimo braku słońca przez lata opozycyjnej walki za boazerią, nagle poczerwieniał. Dało się rozpocząć rozmowę, zaczęły się wolno kleić tematy. Zapaliliśmy, otworzyliśmy kolejnego literka. Rysiek, spojrzał na mnie, dając do zrozumienia, że trzeba faceta uświadomić, Zagadał do naszego nowego kolegi, kładąc dłoń na jego ramieniu.

- Karol, co do żony, nie wiem jak Ci to powiedzieć. Ona teraz z innym żyje. Już tu nie mieszkają. Sprzedali. Kupiłem to od nich całkiem niedawno. Dlatego tę boazerię zrywam… stara już jest.

- och – zafrasował się na tę wieść – sprzedali, a mówiłem: zdradzaj, możesz się kurwić, ale nie sprzedawaj.

- to Ty wszystko wiedziałeś? o Jej nowym facecie? – aż mi dłoń na szklaneczce zadrżała!

- tak. nie było szans by ją powstrzymać. w końcu to ona jedna wiedziała o mnie. Reszta kolegów  nie znała prawdy. Irena mówiła im, że uciekłem do Izraela. No cóż. Przez tę ścianę – tu zapukał w deskę – nie układało się nam najlepiej. Miała swoje potrzeby. Zacząłem zauważać, że coraz rzadziej do mnie mówi. ech, nalej Ryszard bo mnie dusi, jak sobie to przypominam, nalej!

Po dwóch milczących głębszych kontynuował.

- kilku się kręciło. widziałem przez sęka w ścianie, co go sobie na wygodne obserwacyjne stanowisko przysposobiłem, wszystko widziałem: jak różni przystojniacy rano jaja sadzili na mojej patelni. Śniadanie robili do łóżka, skurwysyny. Irena się zmieniła. Zapomniała jakby o mnie. Choć zagadywana odpowiadała. NIe było najgorzej. Najgorsze przyszło na wiosnę 82ego. Do mieszkania zaczęli przychodzić tajniacy. Węszyli, psy. Szukali jakiś papierów, dowodów na moją obecność. Wciąż byłem pod lupą. Rozumiecie, ja z Lechem na jednej zakładówce… rozumiecie, takie czasy.

- z Wałęsą???

- a tak. Z nim samym. Z Lechem, pod okiem niejednego tajniaka graliśmy na nosie komunie. A tak było!

- ale co z Ireną? – zapytałem, odsuwając kolejny, niewygodny temat na dalszy plan

- no Irena miała świetną prezencję, no wiecie wygląd, cyc ale gust do nowych facetów nie najlepszy…

- wypijmy i za to! – ryknął Rysiek

- tak. Za Irenkę, zawsze wypiję! – Karol nie mógł powstrzymać łez – nawet jak kurwą się okazała… miłość ślepa jest. Prawda?

- ale co było dalej, Karolku – wzruszony rozlałem i z punktując Karola ogórkiem zapytałem

- dalej? proza życia… Jeden z tajniaków, młody ubol, nie odpuszczał. Tamci już dawno przestali węszyć a on. psi syn, dalej penetrował moją kwaterę. Chodził po kątach, wpadał niezapowiedziany. Irenkę najpierw to denerwowało ale potem… sama zapraszała. i pod śledzia i pod goździkiem go wpuszczała. Mnie już nie chciała słuchać. Cicho siedzieć kazała. A sęka “Jeleniami na rykowisku” zasłoniła. Ech. miłość się ode mnie odwróciła. Tajniak, nie powiem przystojny, i mieszkanie i moją Irenkę koniec końców spenetrował. Milczałem przerażony na to patrząc. Ten facet był pod moim dachem, rozumiecie? Pod jednym dachem z ubolem pierdolonym,ja …opozycjonista. Odwróciłem się od świata. Zeszłem do podziemia na całego… Zamieszkał u niej na stałe. Raz nawet próbowałem wyjść, przekonać Irenę, że z czerwonym nie wypada życia układać. Ale cały ten stan wojenny mi nerwy zniszczył, zszargał mnie całego. Spietrałem się na dobre. Myślę, jak mnie wyda baba to po mnie. Kaput! Rozumiecie? I zamknąłem się na stałe w tej boazerii. W sobie, koledzy się zamknąłem. Aż do dziś…

- daj pyska, Karol – rzuciłem przez mgłę alkoholowego uczucia. ucałowałem Karola, Rysiek ucałował nas obu…

- Ech mówię Wam. było minęło. Teraz życia się chce całą piersią poczuć, no nie? No bo można! W wolnej, kochanej ojczyźnie. – Karol wstał. Zachlapał symbolicznie czystą wódą ciemną boazerią i wrzasnął – na pohybel czerwonym. A temu ubolowi… brak mi słów.

- chuj mu na grób Panie Karolu, chuj mu na grób – dorzuciłem, ratując przyjaciela

- tak. niech se pan Antoni żyje i gnije w tej daczy pierdolonej w  Izabelinie… – rzucił bez zastanowienia mocno wcięty już Rysiek

- tak… – Karol się zreflektował – gdzie?! w daczy!!!?? Rysiek, co powiedziałeś?

zapadło kłopotliwe milczenie…

No bo jak tu wyjaśnić Karolowi, że ten “pieprzony ubol” to miły, starszy pan, co sprzedał Ryśkowi mieszkanie. Taki spokojny, ujmujący serdecznością wszystkich mężczyzna. On i pani Irena to przyzwoici, grzeczni sąsiedzi… Rysiek, przerażony spoglądał to na mnie to na Karola. Trzeba było mu wszystko tłumaczyć.

- w daczy?! panowie, jak to możliwe, po upadku komuny nie dorwali go tak, jak innych??? Ukrywał się? nie rozumiem. On na Rakowieckiej powinien zamieszkać a nie w Izabelinie!

- panie Karolu, pan Antoni, tzn. ten ubol co tu się związał z małżonką Pana, przeszedł w 89 pozytywną weryfikację.

- jak miał nie przejść, skoro koleżanka z departamentu ds. wyznań go weryfikowała podobno – dodałem

- co? – Karol siniał. Szklaneczka znowu drżała w dłoni.

- ano tak. ocenili pozytywnie. dali emeryturę mundurową i puścili. Pan Antoni zajął się biznesami, szybko zrobił karierę w walutach, na szczytach władzy miał wielu przyjaciół. Podobno bywał na imieninach u Wałęsów.

- o rzesz kurwa! czegoś tu nie rozumiem, Ryśku. Józku, daj jeszcze flaszkę, jak masz bo na sucho nie przełknę tego wszystkiego… – Karol posmutniał – od początku, zacznijmy koledzy od początku. Jaka ta nasza Polska wolna w takim razie? Co z Jaruzelem? powieszony? Czy wciąż siedzi? A Kiszczak? no gadajcie mi tu zaraz, bo nie wytrzymam! Były procesy, sprawiedliwe i surowe dla tych wszystkich skurwysynów?

- no więc… – zaczął Rysiek

- Karolu, kochany. Ja Ci to w skrócie opowiem. Tylko Ty mi się nie denerwuj. Wypij.

wypiliśmy. zaczynało się znowu robić smutno…

- Karolku. Nie było tak do końca prosto i czarno/biało… jakbyśmy chcieli

- Mów. Mów jak na spowiedzi, bo jak Boga kocham, nie wytrzymam!

- Cóż. W 89, po długich negocjacjach przy okrągłym stole… Wałęsa, Gieremek, Kuroń i cała reszta dogadali się co do naszej ojczyzny z Kiszczakiem, Kwaśniewskim, Sekułą i Jaruzelskim.

- Matko Przenajświętsza nie mów!

- tak. w wyniku tego komuniści oddali władzę bez przelewu niepotrzebnej krwi – rzucił Rysiek

- i przejęli cały biznes. Oni wzięli kasę, a solidarnościowcy niby władzę.

- Targowica jakaś a nie rewolucja! – Karol się zagotował. – a Jaruzel?

- ten został prezydentem.

- ???

- tak. na krótko. Przed Wałęsą, co nim był następne lata.

- Jezus Maria dobre i to, że Lecha nie zniszczyli…

- No tak. Jaruzel do dzisiaj się na procesy o stan wojenny stawia ze zwolnieniem od lekarza. Wielu mu wierzy, że uratował Polskę… tym stanem wojennym. O pan spojrzy na gazetę wyborczą – wyjąłęm spod flaszki gazetę, która służyła Ryśkowi pod remont. Tu opisują jego karierę i walkę o Polskę.

- to gadzinówka jakaś! Ale bzdury, koledzy chyba nie wierzycie w te brednie. Kto to wydaje? Pewnie jakiś czerwony, jeden z tych aparatczyków… Kwaśniewski albo Oleksy…

- nie, to pismo solidarnościowe, a właściwie Michnika i jego kolegów… w zasadzie KOR

- nie może być!

- tak. Kwaśniewski wygrał nawet wybory i był prezydentem po Wałęsie, który się w oczach narodu skompromitował…

- co? Lechu? Nie będziecie mi tu przewodniczącego związku obrażać! – Karol wstał, oczy napłynęły mu starą opozycyjną krwią, chwycił za flaszkę i zrobiło się nerwowo…

- nie, no uspokój się Karolku. On i tak ostatnio się okazało też donosił na kolegów i strasznie się z tego teraz tłumaczy… towarzysz współpracownik Bolek. Podobno nieźle nabroił. Ale nie przyznaje się.

Karol opadł na taboret, łyknął na raz szklankę i zamilkł… wyglądało, że dobiliśmy naszego nowego przyjaciela tymi wiadomościami. Spoważniał, zamilkł. Wyglądało jakby podejmował bardzo ważną decyzję. Trzęsącymi rękami mierzwił długą brodę.

- co na to ojciec święty, nasz kochany Jan Paweł?

- nie żyje. przykro mi.

- Boże. Boże. Boże taki wielki człowiek. Mamy nowego papieża? z Włoch pewnie?

- nie Karolu, z Niemiec.

- porządny podobno, choć w hitler jugend służył. Błędy młodości kto ich nie ma?

- Rysiu, co Ty opowiadasz… Boże. – Karol zapadał się w sobie, a my z nim, próbując ratować sytuację

- W stanach były wybory po Reaganie, którego pamiętasz pewnie była rodzina Bushów i demokrata Clinton. A teraz rządzi murzyn, przepraszam afroamerykanin… Obama.

- Jezusie Nazareński… – Karol kręcił z niedowierzaniem głową. Pić się odechciało – sowiety mocno się trzymają?

- ZSRR upadło.

- dzięki Bogu, jest sprawiedliwość na świecie! – ożywił się na chwilę, zauważyłem z radością, że sięgnął ponownie po szklaneczkę.

- ale nic się nie zmieniło tam u nich…

- nie chcę wiedzieć więcej. Dość tego. Koledzy dość! Polejcie mi jeszcze, napijmy się za dawne lata…

Polaliśmy. Wypiliśmy. Smutno było.

- Czyli tak ta nasza wolność wygląda… te wszystkie lata za boazerią, w podziemiu, ukrywanie się, walka z ubecją. Te zakładówki, tfu! z Lechem… na marne? Koledzy, na co to było – Karol się rozpłakał – toż ta Polska jak ta moja Irenka kochana. Skurwiła się z czerwonym elementem, teraz po rozwodzie z opozycją różowe bękarty na świat przynosi… Boże, Boże mój.

Karol, wciąż płacząc podszedł do lodówki i zaczął ładować do reklamówek jedzenie z półek. Flaszki chował po kieszeniach.

- Karol, co robisz? – wrzasnął Rysiek

- Gdzie się wybierasz, Karolu? – zapytałem pakującego artykuły spożywcze druha

- nigdzie! Wracam. Bo to nie jest miejsce dla mnie. Mnie jeszcze przeczekać trzeba. W podziemiu powalczyć. Wy nie zrozumiecie, ale ja na Matkę Ojczyznę jeszcze poczekam. O taką Polskę nie walczyłem – Karol sie uniósł na piętach i wyciągnął w stronę okna pięści. mimo słabego wzrostu zrobiło to na nas ogromne wrażenie. Zaniósł za boazerię siatki otrzepując dłonie sięgnął po szklaneczkę.

- no to, Koledzy moi, rozchodniaka na drogę wypijmy!

Zamurowało nas. Mechanicznie bez zastanowienia sięgneliśmy po wódę. Wypiliśmy uroczysty toast. Serdecznie się uściskaliśmy z Karolkiem i poklepując po plecach odprowadziliśmy pod ścianę. Prośby i przekonywania nic by nie dały. Karol był mocno wcięty, kołysał się na nogach, ale stare opozycyjne serce podpowiadało mu, że wie co robi. Rysiek Zaintonował na odchodne kolejny protest song!

- Janek Wiśniewski padł! Na drzwiach ponieśli… – gromko śpiewaliśmy, z oczu płynęły łzy, Karolka już nie było widać zniknął w czelusciach opozycyjnego podziemia. A my zgodnie, bez zastanowienia wzięliśmy się za układanie boazerii z powrotem.

W dłonie boleśnie wbijały się drzazgi, wnosiliśmy kolejne deski do kuchni. Boazeria rosła w siłę. Ściana czerniała na naszych oczach starą zgnilizną. Kuchnia wracała do swojego wyglądu z lat 80tych. Stało się jasne, że jeszcze za wcześnie na remont. Zbyt wcześnie by zacząć nowe życie, dla Karola to było oczywiste jak dwa plus dwa jest cztery. Nie chciał tak żyć, musi przeczekać i kiedyś, może za parę lat na tę nową, ukochaną, świeżo narodzoną wymęczoną ojczyznę spojrzy jeszcze raz. Sam oceni, czy warto wyjść z podziemia. Czy warto dla Niej żyć.

Z robotą uwineliśmy się w godzinę. Kawałek ściany został nienaruszony, resztę znowu pokrywała złowroga boazeria. Rysiek nawet znalazł zakurzony obraz “Jelenie na rykowisku” i naszemu kochanemu Karolkowi zakrył sęka, by go nie raziło, światło nie raziło i może to wszystko, co nas otacza w tej “wolnej” Polsce. Wypiliśmy po szklaneczce na dowidzenia. stanęliśmy we dwóch twarzą do “Jeleni na rykowisku” i usłyszeliśmy cichutkie, bezsilne pełne niepokoju pierwsze takty Roty.

- Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród! – Rysiek przez łzy podjął temat, dołączyłem się i ja. Staliśmy tak przed tą ścianą i zalewając się łzami, z wyprężoną piersią śpiewaliśmy tę starą pieśń. I nikt poza nami nie słyszał tego trzeciego głosu, tego zza ściany. Ściany, którą dzisiaj obaliliśmy, rozebraliśmy i na koniec znowu postawiliśmy między nami.

Od tego wydarzenia minęło trochę czasu, było po drodze kilka rocznic, “inscenizacji historycznych” w telewizji. Ale niewiele się zmieniło. Biedny jest nasz Karol, że się nie doczekał i wrócił do podziemia. Szkoda faceta… a z drugiej strony, przez chwilę miałem ochotę i ja tam się zaszyć z nim. Przeczekać. Może lepszych czy po prostu innych czasów dożyć… Co parę tygodni, z panem Ryśkiem stajemy przed “jeleniami” i dumnie, cichutko ze wzruszeniem śpiewamy sobie Rotę. We trzech. Tak jakoś nam się przyjęło. Ostatnio coraz ciszej jakoś, ale zawsze z nadzieją w sercach.