Miejsce. Chodnik przed wysokim, śpiącym budynkiem. Płyta. Cały ten Komplet okien złośliwie wykręconych w stronę Wisły podgląda lubieżnie aktorów. Czas. Środek nocy, dawno po północy, nie liczy się tu czas. Nie ma jedności i tego wszystkiego co zespala w dramat kilka zrymowanych słów. Aktorzy? Na pierwszym planie Ona, wcale nie miłością pijana, piękna niezdecydowana, a może nie doinformowana, a on ma ją w tym planie ma ją w planie jak na dłoni, od dawna, zaczyna akcję jak w tańcu robi więc kilka kroków po kwadracie, płyta chodnikowa uchyla się z szacunkiem w stronę pustego księżyca. Finał. On wpada w popłoch gdy ona mówi, że późno już. Drzewa się śmieją z tej oklepanej frazy. Zna już podział ról, lepki wiatr jak sufler podpowiada mu kwestię: nie szkodzi, nie od razu… finał zamyka się w powrocie, jego nad Wisłę. Jej na górę. Windą w stronę gwiazd. Na koniec prolog. On spróbuje jeszcze raz. Syzyf i jego kula, toczona z bólem robi się coraz słodsza. Miłość to góra…