![]()
Odcinek 5, w którym poznaję uroki życia i… picia na wsi,
Toast, który za Mogiłki wypiliśmy był początkiem dopiero. Już nikt go nie pamiętał, wielu już nic nie czuło, co niektórzy siedzieli ale z oczami zamkniętymi buszowali na oślep w mrokach upojenia gorzałką. W zadymionej knajpie robiło się coraz weselej, atmosfera gęstniała z godziny na godzinę. Zapach grochowej mieszał się ze smrodem palonej machorki. Baby poobrażane porozchodziły się do chałup, niezadowolone zabrały płaczące dzieciaki ze sobą. Jedna się tylko ostała, w koncie siedziała na kamiennym schodku i kołysała się nerwowo. Starucha miała ze sto lat i na wiedźmę mi wyglądała. ale nie o niej teraz mi czas gadać…
A my piliśmy jak wielbłądy przed dłuższą wyprawą, z boku jakbyś na nas spojrzał to byś pomyślał że ta wyprawa wokół ziemi ma być poczyniona… Zrobiło się tak szaro, że samo dojście pomiędzy ławami po następną kolejkę ciepłej wódki graniczyło z cudem. Ja siedziałem ze starcem w koncie i co chwila kłanialiśmy się z toastami przed coraz większą artylerią pustych flaszek. Mocny trunek podawali, po godzinie miałem wrażenie, że nie powinienem z ciężkiej dębowej ławy krytej futrem niedźwiedzia już wstawać. Kołysałem się z boku na bok i coraz bliżej mi było do tych wszystkich prostych, wiejskich ludzi. Pokochałem ich w drugiej godzinie picia. Właściwie bez rozmowy, tylko z toastami za kogoś zmarłego lub czyjeś dzieci świeżo narodzone. Tym językiem dobrnęliśmy do późnych godzin nocnych. Zaczęły się przyśpiewki. W tle pierwsze takty prostej ludowej melodii poleciały.
- polej, popij i podymaj – tej zasady nie pomijaj, hopsa! – zawył nagle mój współbiesiadnik wybałuszając swe jedno zdrowe oko. Teraz wydawało mi się bardziej rybie niż ludzkie. Posoka popłynęła mojemu śpiewakowi z mięsistych warg a pięści zakołysały się w rytm przyśpiewce wtórując. Starzec tym niezapowiedzianym występem wyskoczył jak filip z konopi, powodując, że podskoczyłem i wypuściłem kieliszek z ręki na podłogę. Zdębiałem, jednak w przypływie pijackiej werwy, zaklęsnąłem w dłonie, splunąłem siarczyście na podłogę [co w moich stronach raczej niepodobne i niegodne] i wyklepując po udach nowy rytm ryknąłem.
- Zosia w grządkach się wypina, chce by podlał ją Jaś z młyna! Juści!!! – ryknąłem i osiadłem miękko na swoje miejsce, a tu niczym makiem zasiał… cisza w całej gospodzie. Muzycy z fałszem urwali granie, szklanki i łychy w powietrzu zastygły. Spojrzenia wszystkich poleciały w stronę dziada, z którym piłem. „Ten staruch to szyszka jakaś” to wiedziałem, ale taka ważna? Teraz ze strachu nieco zacząłem trzeźwieć i też, z na wpół rozdziawioną gębą spoglądałem nabożnie na jednookiego skubańca. Cisza trwała wieki, nawet szary dym, wydawało się że ze strachu, zatrzymał się w miejscu.
- …i śpiewać umi skubaniec!!! – usłyszałem i… – hopsa! – ryk zarzynanego wołu wypełnił salkę. Mój staruch uśmiechnął się do mnie, pokazując tym aprobatę i pół klawiatury żółtych i czarnych kłów.
- hoooopsa! – ryknęła cała gawiedź a kapela, jak na pozwolenie, zagrała kolejną polkę… – choć, czy to polka była to nie wspomnę do dziś, gdyż alkoholowy szum wymazał wszystko z mej głowy. Zmęczenie i wysoki procent w gorzałce spowodowały że ciemność zamknęła mi oczy a ciało osunęło się pod ławę.
