Archiwum dlapaździernik, 2006

Topola by Smyr

topola.jpg
Odcinek 5, w którym poznaję uroki życia i… picia na wsi,

Toast, który za Mogiłki wypiliśmy był początkiem dopiero. Już nikt go nie pamiętał, wielu już nic nie czuło, co niektórzy siedzieli ale z oczami zamkniętymi buszowali na oślep w mrokach upojenia gorzałką. W zadymionej knajpie robiło się coraz weselej, atmosfera gęstniała z godziny na godzinę. Zapach grochowej mieszał się ze smrodem palonej machorki. Baby poobrażane porozchodziły się do chałup, niezadowolone zabrały płaczące dzieciaki ze sobą. Jedna się tylko ostała, w koncie siedziała na kamiennym schodku i kołysała się nerwowo. Starucha miała ze sto lat i na wiedźmę mi wyglądała. ale nie o niej teraz mi czas gadać…
A my piliśmy jak wielbłądy przed dłuższą wyprawą, z boku jakbyś na nas spojrzał to byś pomyślał że ta wyprawa wokół ziemi ma być poczyniona… Zrobiło się tak szaro, że samo dojście pomiędzy ławami po następną kolejkę ciepłej wódki graniczyło z cudem. Ja siedziałem ze starcem w koncie i co chwila kłanialiśmy się z toastami przed coraz większą artylerią pustych flaszek. Mocny trunek podawali, po godzinie miałem wrażenie, że nie powinienem z ciężkiej dębowej ławy krytej futrem niedźwiedzia już wstawać. Kołysałem się z boku na bok i coraz bliżej mi było do tych wszystkich prostych, wiejskich ludzi. Pokochałem ich w drugiej godzinie picia. Właściwie bez rozmowy, tylko z toastami za kogoś zmarłego lub czyjeś dzieci świeżo narodzone. Tym językiem dobrnęliśmy do późnych godzin nocnych. Zaczęły się przyśpiewki. W tle pierwsze takty prostej ludowej melodii poleciały.

- polej, popij i podymaj – tej zasady nie pomijaj, hopsa! – zawył nagle mój współbiesiadnik wybałuszając swe jedno zdrowe oko. Teraz wydawało mi się bardziej rybie niż ludzkie. Posoka popłynęła mojemu śpiewakowi z mięsistych warg a pięści zakołysały się w rytm przyśpiewce wtórując. Starzec tym niezapowiedzianym występem wyskoczył jak filip z konopi, powodując, że podskoczyłem i wypuściłem kieliszek z ręki na podłogę. Zdębiałem, jednak w przypływie pijackiej werwy, zaklęsnąłem w dłonie, splunąłem siarczyście na podłogę [co w moich stronach raczej niepodobne i niegodne] i wyklepując po udach nowy rytm ryknąłem.

- Zosia w grządkach się wypina, chce by podlał ją Jaś z młyna! Juści!!! – ryknąłem i osiadłem miękko na swoje miejsce, a tu niczym makiem zasiał… cisza w całej gospodzie. Muzycy z fałszem urwali granie, szklanki i łychy w powietrzu zastygły. Spojrzenia wszystkich poleciały w stronę dziada, z którym piłem. „Ten staruch to szyszka jakaś” to wiedziałem, ale taka ważna? Teraz ze strachu nieco zacząłem trzeźwieć i też, z na wpół rozdziawioną gębą spoglądałem nabożnie na jednookiego skubańca. Cisza trwała wieki, nawet szary dym, wydawało się że ze strachu, zatrzymał się w miejscu.

 

 

- …i śpiewać umi skubaniec!!! – usłyszałem i… – hopsa! – ryk zarzynanego wołu wypełnił salkę. Mój staruch uśmiechnął się do mnie, pokazując tym aprobatę i pół klawiatury żółtych i czarnych kłów.

- hoooopsa! – ryknęła cała gawiedź a kapela, jak na pozwolenie, zagrała kolejną polkę… – choć, czy to polka była to nie wspomnę do dziś, gdyż alkoholowy szum wymazał wszystko z mej głowy. Zmęczenie i wysoki procent w gorzałce spowodowały że ciemność zamknęła mi oczy a ciało osunęło się pod ławę.

nowy by Pram

beretta.jpg

Czwartek,

cholernie gorąco jest. niedobrze, że idą święta bo roboty dużo i nie ma czasu na zbieranie kasiory od dziwek, badylarzy i harcerzy przy kasach w supermarketach. Ech… kurwa, trzeba żyć, pomyśleć łatwiej… Nie mam dzisiaj nastroju na akcję. A tu taki klops, z rana wrzucili mi tego nowego. “niech się uczy!” krzyknął szef do nas, gdy z Alem próbowaliśmy się młodego pozbyć. “niech się uczy…” – kup mu kurde “Skuteczne śledztwo w weekend” zażartował niewybrednie Al. I przez to został namaszczony na świątecznego renifera na bibce wigilijnej na komisarjacie. A dola renifera kiepska jest… oj cieniutko to widzę. Ostatnim razem wszystkie żony miejscowych pompkarzy z wydziału ds. walki ze stręczycielstwem dały reniferowi poznać, gdzie raki zimują. Bo przecież one jak te wygłodzone sępy na Animal Planecie żerują tylko raz w roku na mężach. Praca pompkarza jaka jest, każdy z nas wie. Bo albo pompujesz i robisz dobrze swoją robotę na wykrywaniu dziwek albo w domu ze starą juniora… prawda? No ten renifer, o ile wiem, gdzieś znikł. Po naszej wigilijnej bibce ktoś mu za swoją żonę kosę podsadził między piątym a szustym nie grillowanym żebrem. Dobrze mu, rentę ma, pewnie i złoty zegarek. Reniferem był i przez to cały wydział z nowym rokiem w jelenie obrodził. hehehe… ale Al raczej gustej w portorykańskich chłopcach. a tu wtopa. Jeden żarcik i szef kasuje od raaazu… pomyślałem znowu.

“za dużo myślisz, kurwa!” – krzyknął Al i rzucił odbezpieczoną pukawką w młodego. “Zostaw go, że kot jest nie trzeba od razu rzucać i w falę się zabawiać” zabrechtałem. Al zastopował i zaczął tłumaczyć małemu, jak pukawkę należy trzymać. Trochę mu przygrzało, pomyślałem ale nie przerywałem… sam nie umiałem. tak z teorii coś tam czytałem, strzelanie to naturalne u mnie. a tu widzę, że odbezpieczyć – w ziemię celować, ostrzegać. No patrz jaki ten Al kurde jest niekiepsko czesany w przedziałek z tymi przepisami. Aż zacząłem notować, kot też uważnie śledził gesty Ala. He hehe… gdyby nie zlał się na widok wycelowanej w niego lufy złotej 45 Ala to pomyślałbym że rozumiał co się do niego mówi. Ale koty takie są, Ala dowcipy ich nie biorą.

A i celowanie do zwierzęcia to kiepski żart. A rzeczywiście sranie do kuwety to skomplikowana czynność dla 9 miesięcznej dachówki… ale szef miał starą uczuloną na sierść i zamieniał powoli swoje miejsce pracy w schronisko dla jebanych sierściuchów. Kurwa każdy zespół miał co najmniej jedngo zdechlaka na utrzymaniu. No my z Alem się jak dotychczas wykręcaliśmy skutecznie sianem. Ale nie tym razem, nie tym cholernym razem.

“Al, kurde podsadź go, widzisz, że chce się wypuścić na sranie!” hehehehe… zakrztusiłem się i spojrzałem na naszą dwójkę jakby zezując z bocznej perspektywy. Dwóch średniaków, wiekiem koło czterdziechy ze spluwami na spoconych koszulach kombinuje jak kota podsadzić… kurze mózgi kurwa się szykują na rosole a nie Boże Narodzenie w Kalifornii…

p.s. Panno Pusji, czy to nie pani przypadkiem miała w rodzinie grabarza? hehehe… weterynarza raczej? proszę mi załatwić wizytę u niego i od razu jakieś obciążające dowody na niego, bo wiem że w tym Stanie usypianie kotków zdrowych jest karalne. Ma pani coś na przeciw? Bo ja mam trzy chętne młode Armenki na stanowisko recepcjonistki… no właśnie. bez odbioru!

Adella by Morela

lov.jpg

Delikatne promienie porannego słońca zaczęły powoli dotykać zmęczonej niespokojnym snem twarzy Adelli. Jakby z niezadowoleniem, wykrzywiła się w grymasie jej buzia, promienie szybko przebiegły refleksami liści za oknem… i zniknęły za przypadkową chmurką. Adella powoli otworzyła oczy, westchnęła i przeciągnęła się niczym mały kociak w swym kocim kącie. Szybko rozejrzała się, poprawiła natychmiast słuchawkę, jakby w oczekiwaniu na kolejny telefon i wyprasowała zgrabnym ruchem dłoni kant spódnicy. Wstała i spojrzała zadowolona za okno. Nie padało. Niebo, choć wypełnione małymi chmurkami, zachwyciło ją. Uśmiechnęła się. “Nie pada” – pomyślała na głos i ruszyła raźnym krokiem przed siebie. Po drodze zrzuciła buty i boso wyszła z chaty.

Wilgotne zimno podwórkowej gliny masowało stopy Adelli i sprawiało, że czuła się rześko. Wiatr rozczesał wesoło jej fryzurę na boki, malując szeroki uśmiech. Oczy, choć zmęczone brakiem spokojnego snu, rozbłysły na nowo. Dziewczyna, zapominając o wszystkich troskach rzuciła się biegiem w stronę porzuconego pośrodku pola starego drzewa. Glina zamieniła się w przyjemną, atłasową trawę. Wszystko po deszczu natychmiast urosło, wszystko w przeczuciu nieuniknionego powrotu deszczu rozpychało się na swych kawałkach ziemi. Rośliny rosły w oczach, Adella cieszyła się z nimi. Wiatr wesoło wyginał drzewem, jakby zapraszając do tańca. A. szybko znalazła się przy swojej staruszce, która teraz dawała jej oparcie o krótkim wysiłku. Oparła się o pień i zamknęła oczy na moment wczuwając się w ruch drzewa. To kołysanie sprawiło, że stało się wszystko płynne, powietrze wypełnił zapach płynącej z zakamarków kory gęstej bursztynowej żywicy. Liście przygrywały kolejną melodię specjalnie dla Adelli. Ona uśmiechnięta osunęła się na miękki mech i powoli rozejrzała się po posiadłości. Czas jakiś studiowała kształt domu, “nie jest taaki stary” pomyślała “a pewnie! jest piękny” odpowiadała sobie po cichutku. Inaczej patrzyła na wszystko, szczęście wróciło bardzo szybko do jej serca. Czy na długo?

- Czy na długo? – to pytanie przez chwilę spowiło cieniem jej oblicze. Jednak natychmiast zapomniała o nim, widząc jak na niebie przelatuje klucz dzikich kaczek. Pozdrowiła jej wesoło i policzyła, jeden-trzy-sześć…

dwanaście! pięknie, pięknie bo dzisiaj wszystko jest piękne. To nic, że zostało jej tak niewiele czasu… ona chce by już nie padało… nie padało do końca. Jej końca.