Archiwum dlawrzesień, 2006

Topola by Smyr

topola.jpg

Odcinek 4, nazwę wsi poznaję i smak wódki ze starych ziemniaków,

- Ty „człowiekiem drogi” jakimś jesteś? Na włóczęgę lub Cygana mi nie wyglądasz, handlować też niczym raczej nie handlujesz. Dobrze ubrany, dobrze wychowany, nic nie zarzucisz takiemu. Pan jakiś. – spojrzał na mnie znacząco – możesz u nas na trochę zostać ale uważaj na to co teraz powiem, bo nie będę powtarzał tego dwa razy! – jeśli przybyłeś do nas na zwiady, szpiegować dla [ściszył głos] Szekantów planujesz. Długo twoja stopa tutaj nie pobędzie… wierz mi, jak ja się czegoś takiego dowiem. – tu mój niedawno poznany druh od kieliszka wykonał znaczący gest na gardle pociągnięty palcem zamaszyście od lewej do prawej. – to po tobie. Więc gadaj, zanim wypijemy na drugą nogę, co cię sprowadza do wioski?

Druh to był nie lada, siedząc w kącie wyraźnie chronił swą fizjonomię przed innymi, ciekawskimi spojrzeniami. Nie dziwne, bo ten barczysty, nieco wiekowy pan, który jeszcze kwadrans temu grzmiał z kąta do mnie na progu, teraz w całej okazałości się prezentował. Starzec, mimo mocnej budowy ciała, łagodny był kiedy chciał nawet miły, jego śnieżno-białe włosy miały w sobie coś z czarownika. Obraz zaburzał jeden feler… poważny feler. Widok to raczej ciarki przeszywający, gdyby nie miejscowa wódka na starych przepisach robiona, nie zniósł bym tego. Jedno jego oko bielmem mocno przesłonięte i bez ruchu było wpatrzone we mnie. To najstraszniejsze było, że nie to zdrowe oko co się ruszało i widziało we mnie się wpatrywało. To bielmo na wskroś mnie przeszywało, studiując co w mej głowie siedzi. Tak się czułem i zapragnąłem jak najszybciej wyrzucić z siebie prawdziwy powód mego pobytu… czułem że on już wie, ten starzec półślepy co właśnie rozlewał kolejną kolejkę wódki.

- mapy robię, pewnie zauważyłeś me przyrządy naukowe, ten poczciwiec – rzuciłem za siebie na próg gospody, gdzie Wacław grzecznie czekał wpatrując się w nas i nasłuchując bez sukcesu – je zaniósł do pokoju mego, mapy robię, terenu i rozłożenia budowli. Waszą wioskę też nakreślić muszę na papierze, bo przyznam, co dziwne, jej nie ma w żadnym atlasie

- phi! – stary parsknął podnosząc kieliszek do ust, w gotowości do toastu – nie ma i nie będzie, ale jak lubisz mapy kreślić i płacą Ci za to? Kreśl! Proszę bardzo. – już by wychylił sam trzecią ćwierć, jednak zreflektował się i zakrzyknął – Za Mogiłki!!!

- Za Mogiłki! – zakrzyknęła jak na rozkaz cała sala, każdy co miał do toastu przyszykował, ja też mimo szumu wódczanego w głowie szybko podniosłem kieliszek – za Mogiłki – krzyknąłem nie wiedząc jeszcze, że wieś tę nazwę przybrała nie bez powodu.

Topola by Smyr

topola.jpg

Odcinek 3, tu poznaję Słomiana i dowiaduję się, że „Szekantów” się nie lubi w tej wiosce…

Jedna z chałup wystawała mniej niż reszta. Wydaje się że cała tkwiła w ziemi. Tylko czarny, osmolony komin wystawał na wysokości średniej jabłoni, która wyrosła w międzyczasie na dachu. To przedziwne miejsce, naprawdę czyż ludzie tu nie znają współczesnej architektury? Na cóż postęp, elektryfikacja wsi, wspólny wysiłek robotniczo-chłopski ważący ponad 50 lat? Tu czas stoi w miejscu, najwyraźniej ugrzązł razem z jednym z tych domów głęboko w glinie…

- to tu! Tu znajdziemy gościnę, nocleg i towarzystwo to wypitki. Pan idzie za mną. O tu, tu są drzwi. Za tym krzakiem, ech mówiłem Słomianowi, żeby skosił ścierwo.. się nie słucha. Niedługo przez okno będzie łatwiej wejść niźli przez drzwi… mówię panu… – kontynuował swoje, na co ja nie zważałem zbytnio – takie chłopisko jak dąb [podniósł ciężką, czarną od brudu dłoń zaraz nad swoją niską posturę] a taki nierobliwy! Powiadają ludzie, że to waga ciała męczy Słomiana, ten nie ma sił siebie nosić a co dopiero przy codziennych obowiązkach… gdy trzeba popracować. Od budowa taka powiadają, w genach czy w kręgosłupie ma zapisane, mówią! Ja jednak mam swoją teorię, którą z chęcią, jeśli pan pozwoli wyłożę przy dogodnej okazji… a teraz zapraszam do środka, o kwaterę czas zapytać, bo zmrok nadchodzi i lepiej nie być poza domem samemu!

 

Tu się kurdupel wzdrygnął, jakby tabaki łyknął i szybko zanurkował w ukrytych drzwiach, niczym królik w swej norce prowadzący Alicję do zaczarowanej krainy.

Nie ma szans, by opisać zaduch panujący w środku, to ponad ludzkie siły. Dym zmieszany z zapachem ludzkiego potu i potraw głównie na bazie kiszonej kapusty. Mała zapuszczona izba wypełniona stołkami, taboretami, krzesełkami i stolikami, a przy każdym siedziało po dwóch, trzech chłopów. Wszyscy chyba tu byli. Cała męska populacja wsi się zebrała. Jak na naradzie, jak na zebraniu. Gospodarzem wydawał się rosły mężczyzna, bardzo wysoki i ciężki, oparty o małą, wąską ladę. Jego łokcie były tak ogromne, że bez problemu wystawały poza kantor, zahaczając z jednej strony o własny brzuch a z drugiej o barmana co próbował omijać nową przeszkodę w podawaniu wódki. To Słomian, pomyślałem. Do niego o nocleg trzeba iść.

Tyle na początek, przy wejściu do karczmy, nie zauważyłem nawet jak wszyscy zamilkli i spojrzeli na mnie jednocześnie, byłem właśnie w trakcie oganiania się od dymu wypuszczonego przez starego dziada. Ten siedząc prawie na progu, nie zważał że się po nim chodzi, tylko pykał starą faję, tworząc zasłonę dymną w wejściu. Cisza. Jak makiem zasiał, zapadła cisza. Spojrzenia skierowane na mnie nie były wrogie, raczej ciekawskie, tak jak bym z kosmosu zszedł do tej wioski i miał zacząć jakie cuda odprawiać zaraz.

- ktoś ty?! – donośne pytanie padło prosto z ciemnego kąta, najdalej odsuniętego, nie widziałem twarzy pytającego, wychyliłem się w stronę sali i chciałem odpowiedzieć, ale…

- to pan turysta przyjechał odwiedzić nasze strony, na kilka dni jeśli pan Bóg pozwoli i pogodę ześle, a to wieeelki uczony… – mój nowy przewodnik zamienił się nagle w mojego reprezentanta…

- milcz Wacław, bo Ci te gębę obsztorcuję tak, że do świętego Przemka będziesz strupy zrywał!!! – przerwał złowrogo nieznajomy i powtórzył – ktoś ty?!

- Jam Janosz – dumnie zakrzyknąłem w stronę pytającego kąta, sala zaszemrała – gościny szukam, chcę tu na kilka dni zostać, jeśli łaskawie mnie przyjmą – dodałem znacząco patrząc na dużego przy barze. Tak to musiał być Słomian.

- Pytam czyś aby nie Szekant jaki! Bo jak tak – wszyscy z lękiem przeżegnali się na słuch o wspomnianym… – to wara z mojej wioski

- Szekant, Szekant… – zaszemrało, ja nie wiedziałem o co chodzi

- Jaki szekant, to pan z wielkich stron pochodzący, podróżnik, naszym małym przytulnym wioskowym życiem zainteresowany. To nie grzech przecież studiować zwyczaje innych, korzystając z ich gościnności – w dobrym tonie jest gościć… – Wacław dwoił się i troił

- Nie znam Waszych wrogów, ale do Szekantów się nie zaliczam – odetchnęli z ulg, kąt chyba też…

- Słomian, gościnę szykuj dla turysty – duży odkleił się od baru i wolno sunął w mym kierunku po torby podawane już przez gadającego pod nosem Wacława – a Pana zapraszam do stolika! – ton kąta zmienił się nie do poznania, cała sala znowu zahuczała śmiechem i plotkami. Skierowałem się w tamtą stronę, by poznać tego co Szekantów nie lubi…