Archiwum dlasierpień, 2006

Topola by Smyr

topola.jpg

Odcinek 2, czyli jak spotkałem nieocenionego przewodnika i poliglotę Wacława…

- nie przeczę, że jest nienajlepiej widziane w dobrym towarzystwie wtrącać się w nie swoje sprawy… jak najbardziej znam te regułę i najlepiej bym się jej trzymał od zawsze, jednak Pan turysta, i jak widzę szuka noclegu w tych zapomnianych przez Pana Boga stronach? Gościnca, trunku i posiłku przed snem?

- Aaach! – krzyknąłem oszalały ze strachu, człowiek do mnie mówiący pojawił się jak spod ziemi, przestraszył mnie tym swoim „wejściem”. Tym bardziej, że to gość niepozorny, przez naturę we wzroście oszczędzony na korzyść wszystkich innych i ciężko go zauważyć…

- Aach! Ach! – zainspirowany moim okrzykiem zaczął głośno naśladować i zastanawiać się jednocześnie – czyli Skandynawska nacja jakaś, u nas mało turystów nawet z sąsiedniej wsi posyłają tylko mleczarza, a patrzcie Państwo mamy Szweda, Norwega, Fina lub innego potomka wielkich Wikingów – mówił do siebie, a usta mu się nie zamykały… – Ach! Acha! [ukłonił się w powitaniu, intonując achy odpowiednio] Ja przewodnik [wskazał na się palcem], ja dobry człowiek stąd, jeść – Ach! Ach! [padło z wskazaniem na usta]. Ach? Ach? – zapytał, czy rozumiem chyba…

- Milcz głupcze! – krzyknąłem podirytowany, ten jednak się bardziej zdenerwował, lekko speszony zaczął się cofać w przerażeniu. Ale natychmiast zrozumiał swój błąd i uśmiechnął się szeroko, ja kontynuowałem – Język twój znam i rozumiem, co do mnie mówisz! Mów tylko po naszemu… a jeśli chodzi o gościnę – prowadź, suto wynagrodzę!

Adella by Morela

lov.jpg

Telefon dzwonił, tak jak dzwoniły gałęzie starej Topoli o stary dach domu pośrodku pola w środku deszczu stulecia. Gdzieś na końcu świata, w nieznanym miejscu Adella odwróciła niepewnie głowę od okna. Spojrzała na ciemny kąt pokoju, gdzie na zakurzonej podłodze z desek, krzywo spoczywał pod krzesłem stary, czarny aparat telefoniczny. Tam, gdzie pająk związał swą nitką słuchawkę z wytartym kablem z widełkami, tam gdzie ten sam pająk leżał już martwy… drżał niespokojnie mechanizm dzwonka. Adella patrzyła w kąt, drżała ze strachu, czy z zimna. Nikt nie wiedział, nawet deszcz jakby zamilkł i ciszej stukał w brudną szybę domu. Wszyscy czekali z napięciem na to, co się zdarzy.

- halo! haloo! kto mówi? – drżały w ustach Adelli kolejne słowa, siłą strachu wypełniając wnętrze domu. Z drugiej strony słuchawki nikt nie mówił, przez chwilę słychać było jakby oddech ciężki i zmęczony oddech, zimno się zrobiło Adelli ot tego oddechu. Spróbowała dodać sobie odwagi powtarzając do słuchawki – Halo? co to za żarty? Proszę się odezwać!

Cisza. W słuchawce cisza, w domu tylko gałęzie nie przestały stukać w dach. Adella poczuła, że to nie jest pomyłka, drugą sobą poznała że to NIE jest żart. Stała tak i wsłuchiwała się w szum z drugiej strony kabla, oddech ciężki i mrożący krew w żyłach świst… – A. On nie był mój. Słyszysz! On nie był nigdy mój. – Adella podskoczyła, wyrwało jej się z głębi serca całą piersią – Inez! Inez! Słyszysz mnie, gdzie jesteś, Inez!!! – sygnał przypomniał jej o tym, że krzyczy w pustkę, rozmowa się urwała.

- Inez… Ty nie żyjesz – Adella osunęła się powoli na podłogę, trzymając kurczowo słuchawkę, niczym rękę matki kiedyś w parku skacząc pośród świeżych kałuż by nie zatoczyć się. Ta słuchawką w jej ręku, ona w jej mocy, obie kucnęły w kącie. Wspomnienie siostry, która się utopiła w stawie 5 lat wcześniej… wspomnienie Inez, której ciała nikt nie znalazł do dziś. Brrr… wstrząsnął nią dreszcz. “Nie to nie to! To nie ona!” przez głowę przemykały myśli pocieszające “ale teraz akurat, gdy wspominała ją – ona dzwoni! To nie ona”. Adella wróciła do momentu spotkania z Nim, gdy pokłóciła się z matką, dorosła i dojrzała i zmarła po raz pierwszy, nie ostatni…

- Jesteś? Chcę Ci coś powiedzieć, rozmawiałam z matką… – pytanie zamknęło uśmiech na jej twarzy równie szybko jak się pojawiło. To, co zobaczyła na zawsze zmieniło jej życie. On jej ukochany, świątynia, wciąż nie sczytana biblia, posąg, kochanek, jedyny, mężczyzna jej życia… On! W ramionach Inez. Rozchełstanej, frywolnie rozłożonej na tym wszystkim co do Adelli dotychczas należało. Na Nim. Inez i On. Siostra, która powiedziała tylko jedno zdanie:

- A. zostaw nas samych.

Potem to lato, gdy wszystko było niby normalne, niby w porządku. Inez z Nim i A. cierpiącą w milczeniu, krwawiącą za każdym ich uśmiechem, filrtem, gdy się dotykali umierała, gdy się całowali już nie żyła. Mimo, że już miała Borysa. Mimo, że już z Nim nie była. To chora sytuacja tych wakacji. Gdy Borys poznał Inez, rzekł zamyślony do A. “Twoja siostra jest piękną kobietą!”. “Wiem – szepnęła do siebie Adella i jednocześnie w głębi serca śmierci Inez życzyła. Inez wtedy się utopiła. W stawie, w nocy, gdy pili, gdy nikt nie pamiętał nic. Dziwne, że nie znaleźli zwłok w tak małym stawie.

Adella westchnęła, słuchawka opadła na podłogę, ręcę w piąstkach zakryły wilgotne oczy. Deszcz zaczął mocniej bić w szybę, zagłuszył łkanie zmęczonej dziewczynki, która przytuliła się do leżącego kabla niemej słuchawki i usnęła.

Topola by Smyr

topola.jpg

Odcinek 1, czyli tu ostanę się na wieki…

Wieś wyglądała na bardzo starą, chaty porozrzucane w nieprzemyślany sposób w zasadzie nie tworzyły żadnego, dotąd mi znanego porządku. Chałupy pokryte porośniętą trawami strzechą chyliły się ku ziemi, powoli wrastając w nią, zatapiając się coraz głębiej. Te większe domy już część parterowych, wąskich okien nie była widoczna, głęboko wpadając w czarnoziem i krzaki. Nie było ulic, chodników, jedynym sposobem na dotarcie gdziekolwiek pozostało skorzystanie z wydeptanych mniej lub bardziej ścieżek. Patrząc na tę sieć drobnych ścieżyn, od razu można zgadnąć, który z gospodarzy jest najczęściej odwiedzany, który z nich jest najpopularniejszy. Wszystko to zlewało się w obraz klasycznej prowincji, nie dziwi nic… nie dziwią stare, walące się chałupy, nie dziwią panujące tu nieporządki i przysłowiowe psy szczekające dupami. Nawet diabeł raczej dobranoc przestał tu mówić i przeniósł się do dziury mniej zapadłej. To wszystko zrozumiałe w tych czasach, wszystko poza jednym. Poza rzeczą, która musiała zwrócić na siebie moją uwagę… Przykuła moją uwagę i od razu zmroziła krew w żyłach. Poczułem na całym ciele, jak wszystkie włoski podnoszą się zelektryzowane tym widokiem. „Cóż to takiego?” pyta rozsądek, „ciekawe!” podpowiada ciemna strona mej natury… To centralnie położone miejsce we wsi, na wydeptanej w kółko ziemi stara, może nawet kilkuset letnia topola. Takiej starej topoli nie widziałem nawet podczas swojej poprzedniej wizyty w Transylwanii, gdzie klimat sprzyja starym drzewom. Tu we wschodniej Polsce, na granicy z Białorusią taka stara topola to prawdziwy skarb przyrody. Jednak nie w takiej postaci, nie można tego było traktować jako skarb, raczej jako przekleństwo. To, co przykuło moją uwagę, zmroziło moje myśli… to co na niej wisiało, raczej Ci którzy wisieli, zawładnęło mą duszą.

Lekko dyndająca na chłodnym sierpniowym wietrze para wisielców; ojciec i syn chyba… za co wisieli? Nie wiem. Czy to w tych stronach popularny sposób na rzezimieszków i sprawców wszelkiego zła? Tak. Ale z kotem przywiązanym do lewej nogi każdego z nieboszczyków?! Jakże to, pomyślałem, wieszać… zdechłego kota na nieboszczyku. Cóż ten Bogu ducha winny chłop, jeden z drugim uczynił, by zdobić jego rozkładające się truchło czarnem kotem? Na lewej nodze? To podejrzane wielce, jestem pewien że dawnemi czasy nawet samobójców i łajdaków tak nie poniewierano… nie ma innej rady, jak zapytać. Na razie o gospodę i nocleg jakiś, a w tak zwanym międzyczasie, przy dzbanie grzańca o tych biedaków. Za co i dlaczego tak potraktowano te parkę. Już ja się wszystkiego dowiem, mam sposoby na prostego autochtona, który jak na spowiedzi zabaje niejedną opowieść o tej wsi… tak, zapragnąłem na dłużej tu zostać, zrobić przerwę w mej podróży. Przerażała mnie i podniecała perspektywa pobytu w tym niegościnnym i zapadłym zaścianku. Podniecała w większym stopniu, na raz zawładnęła mną pokusa odkrycia ciemnej strony tego miejsca… tak, ooo tak! Och, dzięki Ci Panie za zeszłoroczną podróż do ziemi świętej. Późno się zaczęło robić, bagaży miałem niewiele, tyle co rzeczy niezbędne, blok kreślarski, notatnik, cyrkiel i liczydło, rzeczy niezbędne przy podróżach tego typu. Musiałem szukać, mierzyć, szkicować i opisywać niejedną razom twarzą w twarz bestii siarką ziejącej. Podręczny notatnik zapełnił się spostrzeżeniami i na gorąco zadanymi tematami… czemu tu? Czemu kot? Czy ma znaczenie rodzinne wieszanie? I to, przy czym ręka podniecona zawsze drży i łamie litery… czy spotkam tu bestię?

Pierwszy Dramat Reklamowy 9 by Raksa

bang.jpg

- tak… tak

- Czyli możemy iść do domu, pospać trochę… [rozmarzył się Art]

- Tak. [bezmyślnie przytaknął Kopi, po chwili następuje nagłe olśnienie]

- Nie!!! Nie możemy iść!!! Musimy pokonać system, pokonać się sami i wygrać z nieprzyjazną koniunkturą!

- Co ty pier… [Art nie ma siły na dalsze dyskusje z partnerem]

- Właśnie, by obalić system, MY zrobimy ten lejałt i wyślemy go klientowi, który prawdopodobnie już zbankrutował – w ten sposób zbankrutuje także agencja, jako podwykonawca i zleceniodawca, za naszą darmową pracę! Ha!

- Czekaj, czekaj, czy ty na głowę upadłeś, ja wszystko skasowałem przecież! Zresztą to już nie aktualne, odpuść Alex… chodźmy do domu.

- Nie! Siadaj do komputera i otwieraj te wszystkie swoje drogie mniej i więcej licencjonowane zabawki, bierz w rękę mysz i wgryź się ze mną w temat! Tak wgryź się, jak za dawnych czasów, pamiętasz? Gdy robiliśmy pierwsze zlecenie?

- Acha, ogłoszenie prasowe do Dziennika Wołeckiego, jeden moduł – reklama serwisu zgrzewarek….  jak mam zapomnieć, to nasz pierwszy print, napisałeś „Zgrzewarki rzecz ludzka się psują”, zgrzewarki przez „ż”…

- Acha! I to to, właśnie o to chodzi!!! Wstańmy do pracy jakby nigdy nic i pobijmy system! Arcie! Wzywam Cię, byś znowu pokazał na co stać kreację! Byś wpisał się na stałe na panteon kolorowych lejałtów dla bankrutujących klientów. [Alex, to wręcz profetyczne, wznosi ramiona, wstrząsają nim dreszcze, jest jak Wódz] Obudź w sobie Kreeeeatoraaaa! [Art jest przerażony i zafascynowany] obudź w sobie ducha Kreatora! [krzyczy, włos zmierzwiony, jakby nie on!]


[wielki huk wstrząsa pokojem, błysk i gwizd, w centrum sceny pojawia się duch, to nie jest zwykły duch, to mężczyzna ubrany w garnitur lejałtów znanych brendów, wisi na wielkiej sprężynie złoconej i dyndając niczym dziecięca zabawka nad kołyską góra / dół, objawia się kreacji w wielkim otwarciu]

- o kurwa! O gilvi! – Art prawie przewraca się na krześle, Alex zasłania oczy z przerażenia

- ooo gilvi [duch przemawia w duchu Makbeta, raczej z lekkim pogłosem] tak! Saczi end Saczi, tak! To ja! Nawet bardziej „end” niż Saczi! To ja! Kreatura Kreacji! Kreator Kreatywy wielkiej!!! Padnijcie na kolana mali tfurcy, pochylcie czoła, bluźniercy będę mówił do Was… pokraczne, chrome stworzonka reklamy lokalnej! Ach, ach[sprężyna się napina i rozwija, wygląda to raczej komicznie, poły marynarki w zadruku coca-coli falują na wietrze]

- Ach – kontynuuje duch Kreator – czym byłem ja, zanim spotkał mnie ten los? Na pewno nigdy nie zrozumiecie tego, ale Ty [wskazuje długim paluchem na Alexa] i Ty [głową kiwa na Arta] wiecie, że przegięliście już dawno temu… zanim do głowy Wam przyszło, że psujecie branżę!

- Nie! Nie prawda, o wielki Kratorze! – Alex próbuje zaprzeczyć

- Cicho bądź ślimaku outdorów, Ty nędzna liszko radiówek! Mam ja za sobą lata kłamstwa, w mych ustach sucho, w mej głowie – gorąc się zbiera, myśli nie nadążają przed czynami. Bo kim ja byłem, nędzne robaki nie pojmiecie! [wzdycha, lekko próbuje skontrolować ruch sprężyny, przyjęcie wygodnej pozycji jest jednak niemożliwe kontynuuje] – może jest jednak nadzieja, szansa na uratowanie was, byście jeszcze się cofnęli przed ostatecznym bluźnierstwem… bluźnierstwem lejałtu zrobionego dla klienta, który nie jest już klientem. Słuchajcie więc, ty [wskazuje na Arta] ślepy-daltonisto co kolorów nie widzisz i ty głupi mędrcu-dyslektyków piszący chuj przez samo ha. – Byłem ja niewierny życiu, zdradzałem go na cześć reklamy, widziałem obrazy – myślałem lejałty, słuchałem muzyki i słyszałem spoty radiowe, ha [lekko posmutniał] nawet na pogrzebie myślałem jak „to” by lepiej skręcić i na ilu oknach storybordu rozrysować by było dramatyczniej! Ma dusza dawno poszła w otchłań zapomnienia na cześć Kreaturzyska! Straciłem wszystko, co było ważne i zyskałem wszystko czego nie chciał nikt. Jestem tylko tym, co opublikowała prasa, puściło radio i postawiły firmy ołtdorowe, jak kampania znikam po 3 tygodniach… [przerywa] …i nikt mnie nie pamięta.

- Po cóż Wam to mówię, nie wiem ,ale lejałtu nie zrobionego dla niebyłego klienta mnie nie róbcie!!! Posłuchajcie mnie teraz uważnie, to Was uratuje, a dwa razy nie będę brifował, znaczy powtarzał [dramatyczna pauza]: reklama jest jak… reklama jest jak…

[nagle zapala się światło, głośny pisk pękniętej sprężyny miesza się z okrzykiem przerażenia kreacji, ducha nie ma, jest stróż w drzwiach z ręką na włączniku]

- wielkie gówno!

- słucham?

- Że co?

- Zoo! Do domu chłopcy wypierdalać, zamknąć porno-strony, wyłączyć gry komputerowe z Quake’iem na czele i zakończyć czaty z 10 letnimi dziewczętami i wypalić ostatnie megabajty muzyki, bo ja chcę tu posprzątać od zaraz! Od zaraz czyli za-ra-z! No panowie?

[obaj panowie kreatorzy struchleli, trochę są zdziwieni – patrzą po sobie i nagle, jak na sygnał... wstają z zza biurek i zaczynają się zbierać do wyjścia]

- tak, w zasadzie późno już…

- masz rację Alex, nie warto zarywać nocy, jutro prezentacja a rano jeszcze spotkanie w sprawie nowej reklamy dla producenta ubranek dla lalek…

- no właśnie. Panie Ireneuszu, my już za minutkę, opuszczamy budynek!

- to chciałem usłyszeć! – pan Irek, stróż jak mawia z dziada pradziada z tradycją, wyraźnie zadowolony i podchmielony czeka aż chłopcy wyjdą z pokoju, chłopcy wychodzą, światło gaśnie, pod nosem kończy niezadowolony – ta wasza cała reklama to o kant dupy by potłuc. Kurwa wiele hałasu o nic, za blacharkę się kurwa weźcie a nie w te gireki napierdalacie jak pragnę zdrowia, panie kochany!!!

[na telebimie napis "KOŃCA NIE WIDAĆ, PÓKI JEST REKLAMA NIE KOŃCZY SIĘ TA SCENA]

amfa by Pran

beretta.jpg

poniedziałek

Ciężki dzień, siedzę w sali przesłuchań 4 godzinę i próbuję go złamać… stosuję klasyczne chwyty i sztuczki poznane przez lata pracy. naciskam i nic. Twardy jest, nie puszcza farby, to jasne, nic nie mówi to też. w końcu… udaje się! złamałem skurwysyna, to mnie cieszy ale wprowadza kolejną refleksję do styranej łepetyny. Nie mam więcej ołówków. łamanie ołówka to było jedyne zajęcie od czasu gdy zatrzasnąłem się w tej sali…

Póki stolarz nie naprawi zamka w nieklimatyzowanej sali – nie wydostanę się stąd. hehehe… słyszę docinki Al’a zza drzwi “ej, jak tam? nie za gorąco Ci? powiedz kiedy ostatnio tak długo siedziałeś, hehehehe…”. Kurde, frajer. nie lubiłem nigdy tego makaroniarza [zresztą on nie jest przecież Włochem!]. Sala przesłuchań dziś nieczynna i ja bez szansy na wyrwanie się z matni.

Z nudów przypomniał mi się zeszły wtorek, gdy oboje z inspektorem Peppą (starszą i wyższą ode mnie piegowatą rudą murzynką z narkotykowego) zaczailiśmy się w dzielnicy żydowskiej na dostawców chrzczonej amfy. Kurwa, pomyślałem jak Żydzi mogą chrzcić prochy? czy to zgodne z ich religią? Peppa wytłumaczyła, że większość z nich to grupa wypartych ze wspólnoty Rabinów. Podobno spotykali się z protestanckimi kolegami po fachu i wkładali damskie ciuszki. To chore. Przyłapaliśmy ich na wspólnym kebabie, na rogu dwóch równoległych ulic. Peppa rzuciła hasło i weszliśmy do akcji. Ona grała narkomana ze względu na proporcję – ja tanią dziwkę z Brooklynu. Sprawa zakończona sukcesem, po 90 minutowym targu [kiedy zagaiłem, że chcę zniżkę na towar zacząłem żałować - zapomniałem o ich inklinacjach do targu] wyciągnąłem spluwę i powaliłem ich strzałem z bliskiej odległości w twarz. Spudłowałem, niestety kule sięgnęły pejsów i spaliły im brody, wszyscy uciekli zostawiając stanową kasę i towar. Strasznie odlecieliśmy z Peppą. nie było nas trzy dni na komisariacie. Nam się wydawało, że trwało to godzinę. Peppa uczyła mnie jodłowania, ja starałem się jej schować M16 w dekolt. Szef zły. My na głodzie. Amfa nie była chrzczona. czysta dziwka zamieszała nam w głowach na tyle, że nawet nie zauważyliśmy białych nosków siedząc przy biurkach i klejąc kłamliwe raporty. Co do dilerów, podobno pozbyli się owłosienia i zostali scjentystami. Poznali Toma Cruise’a i Tarantino. Każdy z nich wziął na kredyt willę w Malibu – w poczet przyszłych dochodów z zamówionych przez obu panów pokaźnych partii prochów.

Czy Quentin nie robi właśnie filmu o mniejszościach rasowych wykorzystywanych przez mafię narkotykową, która świadomie ich zwodzi i odmawia im prawa do związków zawodowych?

p.s. Panno Pusji, ten ślusarz nie umie rozwalić tego zamka, jeśli się dowiem, że to nie slusarz tylko jeden z tuzina pani bratanków, który na czarno dorabia u nas… zwolnię panią w cholerę! I niech pani wreszcie załatwi jakąś amfę, ten żydowski szit wciąż mnie dołuje.

detektyw Żonkill

Pierwszy Dramat Reklamowy 8 by Raksa

bang.jpg

- Nie ma prasy. [cichutko, niepewnie potwierdza. Na telebimie napis PRASY-NIET!!!]

- Ha ha ha ha [pokój wybucha śmiechem kreacji, ekant z początku przerażony, teraz nie rozumiejąc sytuacji znowu nabiera "profesjonalnego" uśmiechu]

- Tak chłopaki, faktycznie to zabawne, przetarg unieważniony, Klient zbankrutował, miałem napisać mejla… ale nie było mnie przy kompie i ha ha nie ma prasy [zaczyna śmiać się z kreacją]

- ha ha ha [we trzech ryczą radośnie]

[nagle cisza. Obaj panowie wstają julo wciąż śmiejąc się do siebie powtarza „nie ma prasy-nie ma prasy-nieee ma praasy!” robi przy tym kilka wymownych – przerysowanych gestów: znak wiktorii, typowe amerykańskie Yesss!, tańczy przez chwilę niczym hawajska hostessa na lotniczym terminalu dla przyjezdnych starców. Kręcąc biodrami robi obrót, pod koniec obraca się w stronę nadchodzących chłopaków...]

- nie ma prasy, nie ma prasy, nie ma nie ma nie ma prasy!!![julo improwizuje, jednak śpiew zastyga mu na ustach, widzi zbliżających się kolegów]

- i dopiero teraz kurwa mówisz?!
[ekant zaskoczony nagłym zwrotem akcji wycofuje się tyłem do ściany, włazi na mokap wielkiego stendu z prezerwatywami, przewraca się]

- dopiero teraz kurwa mówisz? [Alex w natchnieniu powtarza, powoli cedząc każde słowo]

- czyżby nasz julo nie wiedział, że to trzeba kulturalnie załatwić, re-brifować w konferencyjnej przy kawie, wodzie lub ciasteczku, składając na piśmie wszystkie swoje wątpliwości, zażalenia lub… lub nie daj Boże kurwa takie zmiany!

- Zmiany?! Jakie zmiany, toż to coś więcej niż zmiany, to rewolucja, inpiczment i obalenie założeń systemowych w jednym!!! To jebana Nagasaki i Hiroszima do pierdolonej potęgi, nie mówiąc o drugim lądowaniu na księżycu od spodu, to coś o wiele, wiele… większego.

- Alex! Nie nakręcaj się. Spokój! [Art nie pozostawił Kopiemu wątpliwości iż nie chce słuchać kolejnej tyrady na rzecz odratowania świeckiej tradycji pezetpeerelowskich „słowotoków”]

- Wyjaśnimy sobie kilka spraw i już!!! Prawda? Prawda, drogi ekancie!?

[julo zbierając rozsypane prezerwatywy, przeczesuje swą fryzurę i wyciąga / chowa komórkę jednocześnie, jest nieco zdenerwowany]

- oczywiście, wyjaśnijmy sobie pewne rzeczy, jak wiecie, chłopcy, ja zawsze do usług, tego, służę pomocą, w końcu, no właśnie, w końcu od czego tu jestem, jak nie od tego by wszystko wam chłopcy jak na spowiedzi…

- zamknij się i siadaj [Alex wskazuje miejsce przy małym czteroosobowym stole, odsuwa jedno krzesło, jest wściekły]

- re-brifing! [lekko nuci z nutą szaleństwa Art] re-brifing, re-brifing…

[ekant, na miękkich nogach, z resztkami prezerwatyw na ubraniu, podchodzi do stołu, wokół kreacja wesoło podryguje w rytm rzuconej mantry...]

- taaa… rebrifiiiing, re re de brifinng!!!

[wszyscy siadają do stołu, jakby nic się nie wydarzyło, przyjmują swe role z przekonaniem, ekant gładzi marynarkę i kant spodni, kreacja – Art wyjmuje kartkę i zaczyna szkicować, Kopi zakłada nogę na nogę i zarzuca splecione dłonie na głowę, lekko buja się na krzesłach, w tle słychać – zza okna godowe, nieznośne miauczenie kotów... wszystkiemu towarzyszy cichy dźwięk maszerującego wojska, na telebimie napis w kolorze tęczy DEBILING TIME...]

- czy wszyscy są? [julo rozejrzał się po sali] – dobrze, mamy mało czasu więc może ja w skrócie szybko zagaję bekgrand sprawy i potem, po krótkim wstępie przedstawię agendę zebrania i kolejność poruszanych tematów, które doprowadzą nas do sedna…[Art pokazuje Kopiemu swój szkic, ten się uśmiecha i dorysowuje coś, obaj chichoczą jak dzieci, julo cały czas – patrząc nienaturalnie na sufit kontynuuje monolog] …mamy, mieliśmy, mielibyśmy do zrobienia dżob, którego dedlajn był, będzie, jest na jutro, otóż klient…

- do rzeczy! Do rzeczy! – Art gwałtownie przerywa wstęp / agendę ekanta

- do rzeczy, kurwa! – Kopi rzuca papierkiem o ścianę

- do rzeczy, właśnie, do rzeczy [powtarza julo i natychmiast wstaje] – otóż klient nam zbankrutował i już nie chce lejałtu, co jest wydaje się być oczywiste, pomimo tego, że on czyli lejałt jest gotowy a wy czyli kreacja macie ciężką noc za sobą, musimy wstrzymać pracę nad tym brifem do odwołania

- och ach! [wzdycha Art]

- jak przykro, uuu! – Kopi załamuje ręce, łapie się za głowę, wyraźnie obaj panowie dobrze się bawią, jednak julo nie chwyta żartu…

- wiem, że to ciężko, że żal, że tyle godzin cennej pracy – tyle pieniędzy za każdego z Was agencja ponosi no tego koszty i koszta, ja rozumiem wy jako najlepsi za godzinę bierzecie parę stów, agencja czyli i ja też za to beknie, ale nie załamujcie się sytuacja nie pierwszy raz i nie ostatni się zdarza… ten kraj ta gospodarka, to wszystko… także panowie głowa do góry! Mogło być gorzej, a lejałt zostawcie na gazetkę powiesimy dla juniorów i tego tam!

- Wypierdalaj. Dziękujemy za re-brifing [Alex pokazuje drzwi ekantowi]

- Po co tak od razu obcesowo, wystarczy powiedzieć, nie trzeba krzyczeć, do widzenia, miłego wieczoru życzę wam chłopcy [trzask drzwi, julo prawdopodobnie osiąga rekord sprintu na setkę... wybiegając z pokoju, w tle nie ma już kotów, słychać za to wściekle ujadające psy – w pogoni za kotami. Wojska też nie słychać...]

Adella by Morela

lov.jpg

Adella patrzy na pole, kolejny piorun wiąże przestrzeń pomiędzy niebem a ziemią, jakby chciał podnieść Ziemię odrobinę bliżej nieba. Adella kolejny raz zobaczyła swoją twarz w oknie i postanowiła opowiedzieć o Nim. Ale to było dawno. Zacznie więc od początku, ma jeszcze czas… odrobinę czasu przed tym, co nie podważalne.

Wydaje się, że to było tysiące lat temu… dla Adelli wtedy zaczął się pierwszy dzień reszty jej życia. Też padał deszcz, wtedy padał inny deszcz bo i miejsce było inne. Miasto. Miejski deszcz jest inny, ciepły i pobudzający do życia, krople małe, nieznośnie łaskoczące twarz zmuszając do uśmiechu każdego idącego ulicą, którą Adella biegła.

Biegła bo była młoda, bo była inna niż teraz, pamięta to do dziś, gdy zmieniło się wszystko. ten dzień, chyba środa w połowie września, gdy deszcze jeszcze były ciepłe… i częste. Adella miała lat… jednak nie jest to najważniejsze, ważne, że wtedy w tym dniu i w tym deszczu dojrzała, rozkwitła – wyrastając na kobietę. Rano, przed wykładami jeszcze raz rozmawiała z matką. Krzyczały na siebie, Adella niegrzecznie odpierała smutne zarzuty, matka ulegała jej krzykowi nie próbując nic tłumaczyć. Obie się zezłościły na siebie. Ten telefon dotyczył oczywiście mężczyzny… oczywiście słuchawka została rzucona na pół drogi między parkietem a szafeczką. W mieszkaniu Adelli telefon stał na szafce w korytarzu. Słuchawka została w tym bezruchu do końca dnia. Adella rzuciła słuchawkę, mokra od łez, nienawidząca i wściekła na matkę rzuciła i ją, odrzuciła jej argumenty razem ze słuchawką i wybiegła na ulicę. Padało przyjemnie, wszyscy się śmiali – chyba tak, chyba wszyscy poza A. jej się tak wydawało “Niech się śmieją!!!” myślała biegnąc coraz szybciej.

Delikatne usta Adelli drżały, oczy szeroko otwarte mokre od łez patrzyły przed siebie w niewidoczny punkt, przebiegła przez czerwone światło, wpadała na kobiety z zakupami, potrąciła mężczyznę, który po raz setny przypalał w deszczu mokrego papierosa drżącymi po nocnym aloholu rękami. Adella przebijała się przez ten uliczny świat, nie zwracając uwagi na nic. chciała jak najszybciej znaleźć się u Niego. Tam ukoi swój smutek, utopi swój gniew w Jego ramionach. Nie będzie już pamietała rozmowy z matką, nie będzie pamiętała słuchawki, która zawisła w przeraźliwym bólu porzuconego przedmiotu… Adella póki nie znajdzie się w Jego ramionach będzie jak ta bezbronna słuchawka… to naiwne porównanie sprawiło, że przyspieszyła… czuje to bezsilne dążenie prawem ciążenia w kierunku ziemi i jednoczesne uwiazanie na długim, pokręconym i grubym brązowym kablu do matki…

A. nie myśli już o tym. To tu, drugie piętro po szerokich, starych przedwojennych schodach, marmur starty i obity, gładki na pierwszy rzut oka bardzo delikatny, niczym wyrzucane na brzeg morza po burzy pnie… z szacunkiem przeskakując co drugi schodek nie myśli o tym jak będzie. Ma za nic fakt: że nie wygląda, że nie ładnie, że bez makijażu i po deszczu – “Nic nie ma, jeśli jestem z nim, wszystko to on” – mantra na ustach młodej studentki Adelli wybijała się śladem na jej sercu przy kolejnym schodku.

Teraz: Pukanie do drzwi, klamka. Skrzypnięcie parkietu, buty zrzucone w biegu, uśmiech na twarzy (wreszcie uśmiech)! Zapach tytoniu, nieznośna duszność męskiego pokoju, w którym prawie nigdy się nie wietrzy… Adella to kocha i On. I Jego też… gdy wreszcie Go…

- Jesteś? Chcę Ci coś powiedzieć, rozmawiałam z matką… – pytanie zamknęło uśmiech na jej twarzy równie szybko jak się pojawiło. To, co zobaczyła…

Dzwonek… Dzwonek. To mroczny kąt pokoju w domku na wsi z widokiem na moknące pole ożywił się. Adella, podskoczyła ze strachu, na szybę padł jej strach, otrząsnęła się ze wspomnień i spojrzała w kierunku telefonu, złowrogi fragment pokoju odezwał się “odbierz!”. W jej głowie znowu boleśnie skręcił się długi, plastikowy przewód do słuchawki… “mamo. Nie.” Cichy szept wstrząsnął niczym dreszcz jej ciałem…

scan5.jpg

Papa: – Cambell najsłodszy, wiesz, co zrobię zaraz synku? [he he]

Synek: nie papo Lecterze, nie! no co złobisz,no co?

Pierwszy Dramat Reklamowy 7 by Raksa

bang.jpg

[wejście ekanta można by poprzedzić jakimś efektem dźwiękowym, choć w sumie chyba żaden doń by nie pasował... te, które pasują raczej nie spodobałyby się widowni i spowodowałyby totalną klapę... zróbmy więc napis na telebimie EKANT WCHODZI!!!]

- jak tam, wciąż @work panowie? [wchodzi Julo, ekant roku 2002]

[nagłe wejście ekanta wprowadza w biurze pewną konsternację, obaj panowie na widok przybysza dębieją – Alex stoi za Artem, który teraz powoli opuszcza słuchawkę telefoniczną. Art odkłada ostentacyjnie słuchawkę, mocno uderzając nią o telefon, Kopi chrząka i przechodzi w stronę swojego biurka]


-
et łork! – Alex, mierzy surowym wzrokiem gościa od stóp do głów, w jego wyrazie twarzy możemy wyczytać nieskrywaną pogardę, dramatycznym gestem „szparuje” ekanta ręką od góry do dołu…. – a Ty, drogi ekancie nasz ulubiony widzę z imprezki przyjechałeś do nas, biednych, małych nocnych żuczków kreatywnych, nas odwiedzić nas?

- Nieee… byłem cały czas w firmie, a ubranie, no widzę zauważyłeś mój nowy ciuch [wskazuje z dumą spodnie] – od Gacziego! Kul, nie?!

- …nie, nie po raz pierwszy – Art pod nosem kwituje spostrzeżenie ekanta

[ten nie słyszy przytyku, natychmiast się uśmiecha, jeszcze szerzej, jeśli to możliwe od ucha do uch i podejmuje temat, mimo braku zrozumienia, jednak to u NICH normalne]

- właśnie, właśnie, też to zauważyłem, była wyprzedaż i wiesz – za niecałe 10 paczek, spodzień jak na mnie szyty, popularny, modnie trendy i w ogóle [cichnie, spostrzega litościwy wzrok Kopiego]

- wymiary misiu? Czy mamy sami zgadnąć? – Alex odpuszcza temat imprezki

- co wy, rozmiar 33, czyli w pasie 84 cm…

- kurwa, wymiary prasy idioto!!! Ja nie mogę! z kim ja muszę pracować!

- ha ha ha [Art zaczyna się śmiać, formułuje małą kulę z papieru i rzuca nią w Kopiego] – może te drugie wymiary też od niego weź, wiesz jakbyś miał wreszcie wolny weekend i zero panienek na podorędziu to zawsze….

- ha ha [Alex dołącza do zabawy, odrzuca kulkę i dorzuca stos ołówków (tu można dla ożywienia znudzonej już zapewne publiczności wrzucić na salę trochę takich kulek - niech się porzucają też i zobaczą jak się pracuje w reklamie - problemem mogą być tylko dodatkowe koszty sprzątania sali...), obaj panowie w zasadzie zapominają o obecności ekanta, ten rozumiejąc swoje miejsce nagle zaczyna wycofywać się w kont i spogląda z wieeelkim zainteresowaniem za okno, mimo że za oknem jest noc i nic nie widać] – może, może i wezmę, wiesz – facet potrzebuje różnorodności, nie ma to tamto, Julo i ja na Kanarach? Czemu nie?

- Ha ha ha [cała kreacja zalewa się łzami ze śmiechu. Ekant nerwowo wyjmuje i chowa komórkę, patrzy ilu wiadomości nie przeczytał, przeczesuje się i przestępuje z nogi na nogę]

- czemu nie?! Julo i Alex na Dzikim Zachodzie, albo słodki weekend we dwóch – cicha ostoja w puszczy białowieskiej, gdy Twój partner będzie wypełniał brif, Ty grzejąc dlań wodę w dżakuzzi obmyślisz nowe hasło promocji homoseksualizmu w branży reklamowej…

- Ha ha, idealny związek, nie wychodząc z domu odpierdalamy kampanię i negocjujemy przetargi!

- Muszę Wam przerwać chłopcy… [ekant wchodzi pomiędzy wycierających łzy kreatywnych] – są zmiany w brifie, potrzebujemy rebrifingu lekkiego, to jest, nie wiem jak wam to powiedzieć, pewnie się zdenerwujecie, wiem że długo nad tym siedzicie, jest późno, macie na pewno sporo pomysłów i gotowy lejałt i tak dalej [głośno wzdycha, kreacja natychmiast skupia się na jego czerwieniejącej ze zdenerwowania twarzy] nie ma prasy… [cicho jakby do siebie, patrząc na czubki butów - na telebimie napis PRASY NIE MA!]

- Co? [obaj panowie]

- nie ma prasy [ekant w „dosłownym słowa tego znaczeniu” chowa się w sobie]

- Nie ma p r a s y? [krzyczy, literując Alex, ekant cofa się o krok]

- Nie – ma – prasy! [powtarza Art, ekant kuli się w sobie i staje przy drzwiach, coś mamrocze i wyjmuje komórkę w nadziei że telefon zadzwoni...]

« Wcześniejsze wpisy