Topola by Smyr

Odcinek 8 Gdy prawda na wierzch wypływa, a trup ukazuje swoje diabelskie oblicze

Na podwórku jak na progu rzeźnika z tyłu sklepu… krew się leje, flaki rozszarpane sponiewierane przez jakieś dzikie zwierzę chyba. Cała wieś się zleciała i gapi na babę wznoszącą trzęsące ramiona ku niebu. Wrzeszczy, pomstuje i podnosi co chwilę głowę nieboraka we własnym mózgu umorusanego…

- co on Ci takiego zrobił…?! O najświętsza panienko… u iii…

- syn Marcinowy – rzucił mi do ucha Wacław – chłopaka poznaję po większym niż zwykle…

- milcz! – przerwałem, zresztą już nie pierwszy raz – dajcie miejsca, zbadać okoliczności trzeba, może jeszcze ślady jakieś zostawiliście, odsuńcie się ludzie – krzyknąłem wokół siebie i już przeciskam się do jeszcze ciepłego chłopa. Dawny instynkt komisarza wyostrzył me zmysły, łokciami podparty już w puste oczy spozieram biedaka. Czaszkę badam… zmiażdżona, brzuch jak worek z ziemniakami przerzucony ze dwa razy o ziemię. Ręce czyste, nie bronił się. Ślady pazurów albo kłów i pazurów szarpane i miażdżone. Raczej zwierzę było przyczyną tej masakry, no bo czy człowiek mógł taki bajzel zostawić. Niezły klops! – pomyślałem i moją uwagę przyciągnął jeden szczegół… zastygłem w bezruchu, pot oblał mi plecy. To przecież nie… cholercia!!!

- odsuń się pan, szkoda się brudzić, my tu wiemy kto i zacz to uczynił – z daleka widać – splunął na bok podkreślając swój osąd jednooki starzec – prawda chłopy?!

- tak, tak. Szekant jego mać! Nie kto inny. Nic nie zrobisz. Psia jucha nie powinien wychodzić po zmroku bez obstawy – w tłumie głosy się odezwały – po zmroku i większej gorzałce. Ech, młodzi.

- nie widzę powodu, dlaczego, mamy to tak zostawiać – szybko chwyciłem za urwaną część koszuli ofiary i podniosłem nad ciałem, by jasno wszyscy zobaczyli, co pod nią się kryło – wiadomość.

- co? Co pan mi tu… – stary przerwał i zatkało mu trzewia na widok tego, co gołe ciało miało na sobie zaraz pod lewą piersią.

Trupowi skóry brakowało pod sercem. Wycięta pięknie i na wzór w kształcie koła.

- wiadomość od mordercy, tego bestia nie mogła zrobić, prawda Panie? – rzuciłem odważne spojrzenie w oczy staremu a raczej w to jego jedno co mnie śledzi z bielmem na przedzie…

- to nie wiadomość to chłopakowy obrazek z marynarki jeszcze ktoś dziabnął –  wtrącił nagle pojawiając się znikąd stary wielki chłop, co łapami w kieszeniach przekręcał i zimno na zwłoki patrzył

- patrz ociec co zrobili naszemu pierworodnemu, patrz ouuuu iii – zawyła kobieta tuląc truchło w ramionach

- zostaw! – rzucił ostrzegawczo chłop do żony, mnie posłał mrożące krew w żyłach spojrzenie i gestem jakby z kieszeni wyjętym coś chciał dodać…

- no znak czy wiadomość, tak czy siak zbadać trzeba, jeśli tatuaż tu był a wycięty to może być dla nas poszlaka… – do siebie głośno dodałem.

- nam to proszę zostawić, Marcinowego synalca zaniesiemy do chłodni, tam się spotkamy – stary odsunął laską babę od syna, skinął na dwóch pierwszych z brzegu mężczyzn, a ci już zaczęli pakować resztki chłopaka na koryto co obok leżało.

- jeśli ma pan ochotę nam potowarzyszyć, zapraszam, widok nie będzie jednak miły, uprzedzam…

- nie takie rzeczy… – w język się ugryzłem.

- ciekawe macie w tym mieście sposoby wsi mierzenia oj ciekawe! – rzucił stary z bliska mi patrząc w twarz – chętnie posłucham wyjaśnień w drodze na trupa badanie.

Nie mogłem odmówić, z jednej strony rzekłem za dużo, z drugiej patrząc – ciekawość dawnych czasów była silniejsza.

- wezmę kilka rzeczy z pokoju i zaraz dołączę…

- tego pan szukasz – z drwiną w głosie Słomian mą walizeczkę ściskał tuż nad moją głową. Było więcej do wyjaśniania zapewne niż myślałem.

- spocznij, odmaszerować – w kłębach dymu generał przytupnął za Słomianem i we mnie suchym paluchem na 20 centymetrów celował, tuż przy wąsie kręcąc koła.

Topola by Smyr

Odcinek 7 Gdy dowiedziałem się, że służba nie drużba a i najlepszych chłopaków w wojsku się poznaje!

Zanim wyruszyliśmy, Wacław, zobaczywszy na mej twarzy okropne zmęczenie i mizerotę spowodowaną pijaństwem, postanowił mnie leczyć… na początku myślałem, że to nie jest dobry pomysł. Jednak każdy krok przyprawiał o zawroty głowy, słońce piekielnie pod powieki szkłem tłuczonym się wciskały i wszystko w skrócie mówiąc do głębszej refleksji raczej tylko zmuszało. Wacław zaciągnął mnie za rękaw w dół wsi, do chałupy wysuniętej najbliżej lasu.

- pan miastowy, pić nie umi! Ale my tu mamy dla takich sucharków swoją klinikę, co zdrowie daje i lżejsze myślenie przywraca w try miga!

- dobra, prowadź, tylko nie szarp bo ciężko dycham po tych waszych samogonach! – poprawiłem kurtkę i starając się utrzymać w miarę prosto do wskazanej chaty za Wacławem wkroczyłem.

A chata to była niezmiernie zapuszczona, pajęczyny obsadzały większą część sufitu i już do podłogi schodziły. Zapotrzebowanie na wietrzenie sięgało zapewne zeszłorocznych upałów, meble na swój pogrzeb czekały daremnie – stara szafa z jedną parą drzwi… dwa taborety bujane na rdzawych gwoździach i niski, zmurszały stół a ławą raczej pachnący karczmianą był. Gospodarz od razu mnie przywitał jak należy, wstając zza stołu i klepiąc się po bokach łapami wielkimi niczym szufle do pieczenia chleba.

- hehehe… cóż mi Waek za denata wprowadzasz do mej izby!?? Hehehe – to ten pan miastowy, co mawiają że mierzy wszystko w Mogiłkach, byśmy sławni byli na kilka wiorst i setkę gęb ze wsi bok, hę?

Zmierzyłem go nieuprzejmie skacowanym wzrokiem i ukłoniłem się szybko.

- dzień dobry, panu. Wacław wspomniał po drodze, że może pan mi pomóc w pewnej, nie ukrywam delikatnej sprawie…

- hehehe – niech będzie pochwalony, wygadanyś panie widzę, ale pić nie umisz!!! Hehehe

- uzdrowić trzeba jaśnie pana, bo do lasu na polowanie się z nami wszystkiemi wybiero!!! – wacław zdał szybki raport

- aaa… do lasu. No jeśli tak to i uzdrowić i… namaścić na zaś by trzeba – i tu znowu parsknął śmiechem rubasznym i dłońmi o biodra zaczął uderzać – siadaj pan przy stoliczku, zaraz podam co trzeba!

Posadziłem tyłek na najbardziej, jak mi się błędnie wydawało, stabilnym siedzisku i zacząłem drżeć ni to z zimna i pocić się z gorąca – nie dobez, pomyślałem, nie dobrze się ma przygoda zaczyna! Mój giermek, Wacławem zwany, przycupnął w końcie naprzeciwko i od razu za jakim kawałkiem jedzenie zaczął łypać… a gospodarz wielkimi łapskami z wielkim hukiem zaczął w jednodrzwiowej szafie przeszukiwać słoje i dzbany.

- gdzieś tu miałem to… – sapać zaczął – pan raczy poczekać, znajdę i podam a ręką odjął będzie za kwadransik cały ten pański hehe zmęczenie.

Z hukiem potrącił duży słoik i stanął kotu na ogon, całkiem łysemu ze starości sierściuchowi, co razem nie lada koncert na skołowane me pijackie męki zagrało. Kot czmychnął na ręce Wacławowi i bez zbędnych pytań zaczał wylizywać mu twarz swym liszajowym starym pyskiem. On też miał jedno oko – przez myśl mi przeszło – ten kot pewnie stary i ważny jak wczorajszy kompan do picia mój!

- a jest! – wielkie łapy capnęły zakurzony słój i na stół uniosły, wyganiając spod siebie muchy i pająki.

- baczność!!! – tu naraz w drzwiach rozwartych na oścież, iście bajowa postać się ukazała. Od razu wstałem i nie wiedzieć, czemu pierś wypiąłem jak na warcie. Nikt inny poza mną i kotem tego nie zanotował. W drzwiach pojawił się starszy, na oko stuletni pan. Z fajką długą na pół łokcia w zębiskach, wąsem malowniczo podkręconym na rumiane jeszcze policzki i binoklem w lewym oku. Na głowie miał fantazyjną, papierową jak do malowania przygotowaną, czapę, na piersi mundur jeszcze z napoleońskich czasów pełen orderów i …breloczków. Mimo, że wydawało się iż stary wariat, nie mogłem się opanować i stałem jak głupek w szeregu przed generałem.

- spocznij!!! – zagrzmiało, ze starej piersi w oparach fajkowego dymu

- aaa pan generał! Prosiemy, prosiemy. Gość w dom óg w domu. Znad słoja gruchnął mój przyszły wybawca. Wacław zasalutował z uśmieszkiem i do głaskania starego sierściuch wrócił, nic nie mówiąc.

- spocznij, spocznij. Co my tu mamy, hę? – binokl wyprężył się w mą stronę niczym wąż dusiciel na wróbelka łypiąc – dezerter, do stu beczek prochu!!! Dezerter czy symulant, powiedzcie mi prawdę Wojciechu, czy nie szykujecie znowu jakieś trutki na tego robaczka, by na front nie szedł i byle zołzą się wykręcał czy katarkiem, hę? – pyk z fajeczki.

- a. ten, nieee… to nasz gość, struł się nalewką Jana – uśmiechnął się słoikowy gospodarz. – panie generale, pan sieada.

- baczność!!! – zagrzmiało nad wyraz głośno z piersi starca, znów wstałem i znów od tego wstawania powstrzymać się nie umiałem – spocznij.

Starzec podszedł do mnie i zaczął obwąchiwać mą postać skromną, prosto w twaz machorką pykając.

Janie, ten młodzieniec zdrowy jest, klnę się na swoje lata! Posłuży jeszcze w naszej kampanii wiele dni. Taak… – tu puknął końcem fajki w mą pierś – młody i gotowy, i armate podtoczy i dziewuchę z chałupy wyciągnie. Zdrowyś! Nie symuluj chopcze, gdy Cię ojczyzna wzywa. Tak. Spocznij!

- panie jenerale, toż to cywil, nie na służbę się do nas wybrał a ino na mierzenie naszych pięknych włości – wacław wtrącił i kota strącił. Ten prychnął i pod stół uciekł.

- Wacek powiadasz, że nie na służbę, hę? Na prześpiegi może!!! Co? Gadaj! Pókim nie wyjął pukawki, by ci łeb przestrzelić, a strzelić potrafię, prawda chłopaki!!!?

- tak! – przytaknął zajęty słojem gospodarz.

- gadajże! – stary się uniósł na palce, bo wzrostu krnąbrnego był i rzucił mi w oczy – jak wypalę, to se dziuplę dzięcioł urządzi w twej czuprynie, że hej!!!

- ja nie! Mierzyć naukowo nie na przespziefie pyzybyłem – od razu wypaliłem , lekko drżąć.

- tak…tak. Baczność!!!

- dobrze. Pogadaliśsmy soie a tu trzeba wypić trochę dla zdrowia panie. – tu mi duże łapy podały jakiś wycią z ogórków kiszonych i czosnku pod nos. Sk®eciło strasznie, mysle znowu będę rzygał ale nie… wziąłem do ust to świnstwo i na baczność wciąż stojac wypiłem jednym chaustem. Bo przecież starym mnie roztrzela a tu kaca przyszedłem leczyć a nie komisję wojskową zaliczać zaraz…

- spocznij. Pijcie do końca, za zdrowie cesarza! I do raportu stańcei mi zaraz. A ty janie upewnij się że zdrów gagatek i strzelać może na pierwszej linii. Tak. Baczność!

Nie zwracając uwagi na generała, jego fajkę i pistolet za pasem, wypiłem do końca koszmarną w smaku i miksturę i przysiafłem z powrotem na taborcie. W głowie przestało wirować, odbiło się strasznie i mrowienie w plecah przeleciało, jakby mnie prądem popiesciło.

- no i dobrze już będzie!

- dziękuję, lepiej – wysapałem, znad miski.

Wtem za oknem krzyk okropny rozdarł wiejską sielankę, kobeita jakby umarłego zobaczyła, tak zawyał. Wszyscy się poderwaliśmu i do wyjsciach pobiegliśmy, tylko strauszek generał został w tyle i fajką wymachując wykrzyczał

- strzelają, psubraty, atakują z flanki, baczność spocznij cholery!!! Do walki się gotować chłopcy, wojna!!! Wojna!!!!

A to nie wojna, to rzeź się szykowała, o czym zaraz miałem się przekonać wprost na podwórku przed chałupą…

Opowiadanie by misza hlebeq

syringe.jpg


Każde opowiadanie musi mieć wstęp, środek i zakończenie. To już ma.

“a mury runą”

bezc2a0tytulu1

Wszystko zaczęło się w sobotę, 13 grudnia. Pewnie mi nie uwierzycie, jednak stało się to naprawdę. Z panem Ryśkiem, moim sąsiadem z bloku, umówiliśmy się na remont kuchni. Miałem mu pomóc w zrywaniu boazerii. Tak po prostu, po sąsiedzku się dogadaliśmy. Ja pomogę zrywać boazerię, on pomoże mi z tynkowaniem łazienki. Pan Rysiek całkiem niedawno się wprowadził, wcześniej mieszkanie zajmował jakiś mundurowy z żoną. Miłośnik ciemnej boazerii… Podobno ubek, ona mi bliżej nieznana, podobno wdowa. Ale bardzo mili oboje i sąsiedzi się na nich nie skarżyli za bardzo. Ot, proza życia, jak to pan Rysiek zwykł mawiać, nie ma co wnikać.

Kuchenna boazeria wyglądała na bardzo starą. Z lat osiemdziesiątych pewnie. Dużo roboty z nią było. Pan Rysiek równie ochoczo zabrał się za zrywanie pierwszych desek. Szło nam nieźle, obaj rąbaliśmy wesoło przy dźwiękach grającego radia i piance świeżo napoczętego Żywca. Zapowiadało się, że skończymy dużo wcześniej, do czasu, gdy stało się coś dziwnego. W połowie kolejnej drewnianej ściany usłyszeliśmy… jakieś krzyki.

- bandyci, czerwone świnie! żywcem mnie nie weźmiecie!- brzmiało całkiem realnie i groźnie w samym środku kuchni na wpół rozwalonej.

Z sąsiadem popatrzyliśmy się na siebie… na piwa, które ledwie co zaczęte… Nie! Nie możliwe… A żaden z nas nie miał pojęcia skąd te krzyki dochodziły, jednak obaj wyraźnie usłyszeliśmy kilka stłumionych słów…

- to jakieś obchody znowu, to z radia albo z ulicy! Młodzież pragnie uczcić rocznicę, no wie Pan, jakiś koncert, czy inna “historyczna inscenizacja kostiumowa…” – wytłumaczył sąsiad i przyciszył radio, by się upewnić że nic na nas już znikąd nie nakrzyczy.

Wróciliśmy do roboty, kolejne uderzenie w starą listwę boazerii wywołało w nas przerażenie.

- zomo-faszyści! Precz z komuną, preeecz z komuną!!! – tego nie udało się niczym wytłumaczyć.

Pan Rysiek zdębiał, aż mu młotek poleciał z ręki na podłogę, aż mu piwko się zakołysało w dłoni… Natomiast ja zacząłem się zastanawiać, skąd to leci… gdzie oni tę “inscenizację” robią. No bo telewizor wyłączony, okno zamknięte. Cholera, głośna ta młodzież… Może się niesie z innego mieszkania. Chwyciłem młotek i zamachnąłem się na ostatni bastion drewnianej ściany… giń cholerna ciemnoto! Dodałem sobie w myślach dla większego uderzenia. Sporo poleciało tego drewna. Zakurzyło się, rozjaśniło kawałkiem gołego betonu spod spodu i…

- nie rzucim ziemi skąd nasz ród, nie damy pogrześć moowy…! – rozległo się patetyczne pierwsze kilka słów Roty. Obaj stanęliśmy na baczność i odruchowo zawtórowaliśmy całą zwrotkę z niewidzialnym źródłem głosu.

-  Polski my naród, polski lud! – wyraźnie dobiegało ze ściany. To niemożliwe, wyraźnie zza boazerii, którą właśnie kończyliśmy rozbierać.

A my, cali w kurzu i pyle z tymi piwkami wyraźnie zamiast podjąć jakąś racjonalną próbę zareagowania na ewidentne “przesłyszenie”, prężąc w napięciu pierś, kontynuowaliśmy tę jakże patriotyczną pieśń – Królewski szczep Piastooowy!

Pieśń dobiegała zza. Nie z telewizora, nie z radia, zza okna też. Ona była przed naszym nosem odtwarzana… zza boazerii, do cholery!

Obaj, jak w transie, dokończyliśmy kolejną zwrotkę. Wreszcie „ściana boazerii” zamilkła. Odsapnęliśmy głośno i spoglądaliśmy to na siebie, to na boazerię…Każdy z nas pociągnął dla kurażu i zrozumienia absurdalności sytuacji potężnego gula piwa. Pan Rysiek, na palcach, delikatnie, podszedł do zakurzonego fragmentu koszmarnie pomalowanego drewna na ścianie i przyłozył ucho. Dał mi wyraźnie znak, bym uważał i ubezpieczał go na konkretną okazję ewentualnego zamachu!

- panowie, …koledzy! – ryknęła ściana w ucho pana Ryśka. – czy mogę wyjść, jak słyszę sami swoi po drugiej stronie!? teren czysty? – szeptem to coś, co gadało …dodało.

Pan Rysiek niewiele myśląc rzucił się na ścianę i nie patrząc na brak przygotowania technicznego, gołymi rękami szarpnął kolejną deskę. Boazeria odpadła większym kawałkiem. W tumanie kurzu ukazała się drobna postać starszego faceta, który bardzo ostrożnie, rozglądając się wokół siebie, wyszedł w stronę światła.

W jednej chwili, w kuchni pana Ryśka stał mężczyzna spod boazerii. Zdumieni spoglądaliśmy na niego. On równie przerażony, niepewnie spoglądał w stronę innych pomieszczeń, jednocześnie zabezpieczając sobie pełną drogę odwrotu do tyłu.

- panowie sami? Można bezpiecznie rozmawiać? – trwożnie zagadał. Głos mu się łamał, czuło się potworny strach i ulgę wyjścia na świat jednocześnie.

- tak. No w zasadzie to ja i pan Rysiek. – wypaliłem szybko i odruchowo, ludzkim zwyczajem, podałem piweczko mężczyźnie.

- nas dwóch. Remontujemy. Wie pan, boazerię wymieniamy… – uzupełnił sąsiad.

Człowieczek ten był niski, zakurzony i mocno zarośnięty, niczym cholerny Robinson Cruzoe, miał w sobie coś z Robinsona. Pociągnął dwa dłuższe gule podanego chmielu i zagadał dalej.

- rozumiem, zmiany. Inwentaryzacja znaczy się. Bardzo dobre to piwko! – dodał, kończąc butelkę – widać, że eksportowe. z Pewexu? – mrugnął porozumiewawczo do pana Ryśka, który zdumiony, nie myśląc dłużej otworzył kolejną butelkę… człowieczkowi, który rozglądał się już pewniej, jak na swoim i szybko rzucił -Panowie, za Mocnego bez filtra oddałbym wszystko. Miałem wagon fajek, ale rozumiecie… skończyły się bardzo szybko

- ja mam tylko Malboro Ligth, ale pan Rysiek ma Camele. Reflektuje pan kolega? – zaproponowałem z głupia frant. Obaj wyciągnęliśmy swoje paczki w stronę zdziwionego mężczyzny.

- ooo! Trochę się zmieniło przez te parę lat… wezmę te lejty, ładniejsze takie jakieś. – odruchowo urwał filtr i zapalił Malboro a na jego twarzy od razu pojawiło się błogie zadowolenie… – a tak, formalnie, to który mamy rok i co robicie koledzy w moim domu?

Zatkało nas to pytanie. Spojrzeliśmy na siebie, ja na pana Ryśka, on na mnie… odpowiedź niby prosta ale coś tu nie grało…

- 2008 – rzucił Rysiek

- 13 grudnia 2008 roku, sobota – uzupełniłem dla formalności.

- o kurwa! – złapał większego łyka z kolejnej butelki nowo przybyły – tyle lat? Panowie… tyle lat. Trochę się przesiedziało!!! – zaśmiał się jak przez łzy z tej swojej boazerii. Obaj niby rozumiejąc delikatną ironię… też się zaśmialiśmy.

- 27 lat. Czas leci. No tak. – chwila refleksji została przerwana kolejnym, trudnym pytaniem – a Irenka gdzie? Nie ma jej? Znowu coś rzucili, stoi pewnie za mięsem… Jak ona teraz wygląda, po tylu latach. Koledzy, gdzie Irenka?

- kto?

- a przepraszam, nie przedstawiłem się. Lata w podziemiu zrobiły swoje. Gdzie moje maniery… – uśmiechnął się od zarośniętego ucha do ucha – Krótki jestem, Karol Krótki – wyciągnął drobną dłoń. obaj wstrząśnięci przywitaliśmy się z Karolem.

- Rysiek Walczak!

- Józef Nowak, miło mi.

- no to gdzie ta moja żona? I czemu tak długo nie dawała sygnału do wyjścia. Toż to kurwa można parę miesięcy wytrzymać, ale pół życia w tym więźniu… Czy Jaruzel nadal tak ciśnie? Cholera, ten skurwysyn nie zna umiaru. tyle zmarnowanych lat…

- kto? – znowu zapytał Rysiek

- przepraszam za kolegę, wciąż jest w szoku – wytłumaczyłem. Zapaliłem papieroska i zaproponowałem, by Karol usiadł na chwilę. Nie będzie łatwo, pomyślałem i od razu otworzyłem kolejnego browara.

Usiedliśmy we trzech na taboretach pośrodku zrujnowanej boazerii, postawiliśmy na stole piwka i zaczęliśmy od początku…

- Pan, panie Karolu

- Karol, mówi mi Karol.

- Karolu, Ty w tej boazerii siedziałeś od 81ego…?

- no tak. Podjąłem odpowiednie kroki dużo wcześniej, na wypadek wejścia do mieszkania milicji. Do podziemia zeszłem natychmiast, gdy się zaczęło… Pamiętam, jak Irenka rzuciła, że czołgi na ulicach, a ślepy generał zamiast teleranka w telewizji coś o stanie wojennym zapowiada. Nie było innego wyjścia. Mówię: Irena, Ty daj mi sygnał jak to wszystko się skończy. Wtedy wyjdę. Nie mogłem ryzykować. Za dużo miałem na sumieniu, by czerwoni mnie nie ruszyli, rozumiecie?

- nie. To znaczy, nie rozumiemy do końca… – przerwał Rysiek

- no wiecie, kolportaż, małe akcje wywrotowe na osiedlu, kilka razy rzuciłem pod pałacem puszką z czerwoną farbą. Raz byłem na zakładowym spotkaniu z Lechem. Się działo… mówię Wam. Ale – tu przerwał i pochylił się odruchowo nad stołem do nas, i bardzo powoli, cicho rzucił – ale czy to miejsce jest bezpieczne? Pełno tu takich, kurwa, przebierańców się przewinęło, może nie powinniście za dużo wiedzieć? – powiódł wzrokiem po naszych twarzach.

- spokojnie, panie Karolu. Można mówić. My bezpartyjni. Pan Rysiek już dawno, a ja nigdy nie byłem zainteresowany  t y m i  tematami.

- nie no to gra gitara. wiecie, wybaczcie koledzy, ale ostrożności nigdy za wiele… o nie nie. nigdy za wiele. Ściany mają uszy, prawda?

- co? – Rysiek wyraźnie nie wyszedł z szoku…

- oczywiście panie Karolu, pan opozycjonista po przejściach. Tyle lat w podziemiu, rozumiem. Trzeba być ostrożnym. Co do żony to dłuższa historia… Rozumiem, że mieszkała tu z panem kilka lat temu.

- No tak. 23 lata się staraliśmy o wspólne gniazdko, ciężko było. Dopiero teściu, wysoko postawiony, wiecie gdzie, choć zięcia nie tolerował, Irence załatwił przydział na to luksusowe M3. Prawda, że ładnie tu?

- gdzie? – Rysiek nerwowo się rozejrzał po zdewastowanej kuchni

- tak. Zanim o żonie. na początek mam dobrą wiadomość: Panie Karolu,- wziąłem głęboki oddech – Karolu, komunizm upadł! W 1989 roku!

człowieczek zatoczył wpół szalonym wzrokiem, wstał, usiadł. I znowu wstał. Wyciągnął ramiona w naszą stronę i krzyknął w euforii:

- Jezus Maria, to już? No tak, no tak, dlatego mnie wypuściliście, kochani moi! Koledzy jesteśmy wolni! Wiedziałem, że chłopaki z KORu nie odpuszczą, że stoczniowcy nie dadzą sobie w kaszę dmuchać. Niech żyje Polska!!! – ze łzami w oczach zaczął krzyczeć – no mordy moje, dajcie się uściskać na wolnej polskiej ziemi! Dzięki Bogu. Wreszcie.

Obaj rozumiejąc powagę sytuacji, wstaliśmy i wpadliśmy sobie w ramiona. Nie było końca pocałunkom, ściskaniu i poklepywaniu po plecach. Wzruszyliśmy się, to pewne, sąsiad Rysiek nawet wyszedł nieco z szoku bo zanucił, improwizując:

- Jeszcze Polska nie zginęła!

- Nie zginęła! – ryknęliśmy jak na zawołanie z Karolem.

- Wołajcie Irenę, czas wybaczyć dawne grzechy, wolny jestem, nowo narodzony. Niech i ona ma z tego trochę radości. Ech, mordy moje aż by się chciało czymś to uczcić… macie coś, jak rozumiem nie jest lekko bez matki Rosji na rynku małej ojczyźnie się rozwijać, ale wolnej! macie coś z prądem – mrugnął okiem – no wiecie, Igrustoje, Żytnia? nie?

Staliśmy jak barany, obaj nie rozumiejąc oczywistego konfliktu wymieszania czasów przeszłego, tego Karolowego i teraźniejszego czyli tu i teraz.

- z prądem? Karol, mówisz i masz – Rysiek załapał i otworzył swą skromną, dwumetrową, trzy segmentową lodóweczkę made in china. Na drzwiach wesoło zagrał sztab czystej fińskiej… Karol od zawartości lodówki oczu nie mógł oderwać. wiadomo… szok powyzwoleniowy trwał na dobre u niego!

- Cholerka, jest lepiej niż myślałem! Wypijmy za to!

- Rysiek, daj kiełbasę i ogórki, na zakąskę będzie.- poinstruowałem stojącego z Absolutem w dłoniach gospodarza – bo przecież gość nasz nie tylko spragniony, musi na ząb wrzucić.

W trzech szklaneczkach sperliła się mrożona, przyjemna wódeczka, a my nad ogóreczkami, szyneczką, papryczką z hiszpanii oraz chlebkiem pakowanym z niemiec wesoło zapijaliśmy.

- za wolność! – wykrzyczał w ataku powracającej euforii Karol

- za naszą i waszą – z gupia rzucił Rysiek

- za wolność – zakończyłem i zakąsiłem.

Poszło kilka szybkich toastów, w głowie się rozjaśniło, Karol blady pomimo braku słońca przez lata opozycyjnej walki za boazerią, nagle poczerwieniał. Dało się rozpocząć rozmowę, zaczęły się wolno kleić tematy. Zapaliliśmy, otworzyliśmy kolejnego literka. Rysiek, spojrzał na mnie, dając do zrozumienia, że trzeba faceta uświadomić, Zagadał do naszego nowego kolegi, kładąc dłoń na jego ramieniu.

- Karol, co do żony, nie wiem jak Ci to powiedzieć. Ona teraz z innym żyje. Już tu nie mieszkają. Sprzedali. Kupiłem to od nich całkiem niedawno. Dlatego tę boazerię zrywam… stara już jest.

- och – zafrasował się na tę wieść – sprzedali, a mówiłem: zdradzaj, możesz się kurwić, ale nie sprzedawaj.

- to Ty wszystko wiedziałeś? o Jej nowym facecie? – aż mi dłoń na szklaneczce zadrżała!

- tak. nie było szans by ją powstrzymać. w końcu to ona jedna wiedziała o mnie. Reszta kolegów  nie znała prawdy. Irena mówiła im, że uciekłem do Izraela. No cóż. Przez tę ścianę – tu zapukał w deskę – nie układało się nam najlepiej. Miała swoje potrzeby. Zacząłem zauważać, że coraz rzadziej do mnie mówi. ech, nalej Ryszard bo mnie dusi, jak sobie to przypominam, nalej!

Po dwóch milczących głębszych kontynuował.

- kilku się kręciło. widziałem przez sęka w ścianie, co go sobie na wygodne obserwacyjne stanowisko przysposobiłem, wszystko widziałem: jak różni przystojniacy rano jaja sadzili na mojej patelni. Śniadanie robili do łóżka, skurwysyny. Irena się zmieniła. Zapomniała jakby o mnie. Choć zagadywana odpowiadała. NIe było najgorzej. Najgorsze przyszło na wiosnę 82ego. Do mieszkania zaczęli przychodzić tajniacy. Węszyli, psy. Szukali jakiś papierów, dowodów na moją obecność. Wciąż byłem pod lupą. Rozumiecie, ja z Lechem na jednej zakładówce… rozumiecie, takie czasy.

- z Wałęsą???

- a tak. Z nim samym. Z Lechem, pod okiem niejednego tajniaka graliśmy na nosie komunie. A tak było!

- ale co z Ireną? – zapytałem, odsuwając kolejny, niewygodny temat na dalszy plan

- no Irena miała świetną prezencję, no wiecie wygląd, cyc ale gust do nowych facetów nie najlepszy…

- wypijmy i za to! – ryknął Rysiek

- tak. Za Irenkę, zawsze wypiję! – Karol nie mógł powstrzymać łez – nawet jak kurwą się okazała… miłość ślepa jest. Prawda?

- ale co było dalej, Karolku – wzruszony rozlałem i z punktując Karola ogórkiem zapytałem

- dalej? proza życia… Jeden z tajniaków, młody ubol, nie odpuszczał. Tamci już dawno przestali węszyć a on. psi syn, dalej penetrował moją kwaterę. Chodził po kątach, wpadał niezapowiedziany. Irenkę najpierw to denerwowało ale potem… sama zapraszała. i pod śledzia i pod goździkiem go wpuszczała. Mnie już nie chciała słuchać. Cicho siedzieć kazała. A sęka “Jeleniami na rykowisku” zasłoniła. Ech. miłość się ode mnie odwróciła. Tajniak, nie powiem przystojny, i mieszkanie i moją Irenkę koniec końców spenetrował. Milczałem przerażony na to patrząc. Ten facet był pod moim dachem, rozumiecie? Pod jednym dachem z ubolem pierdolonym,ja …opozycjonista. Odwróciłem się od świata. Zeszłem do podziemia na całego… Zamieszkał u niej na stałe. Raz nawet próbowałem wyjść, przekonać Irenę, że z czerwonym nie wypada życia układać. Ale cały ten stan wojenny mi nerwy zniszczył, zszargał mnie całego. Spietrałem się na dobre. Myślę, jak mnie wyda baba to po mnie. Kaput! Rozumiecie? I zamknąłem się na stałe w tej boazerii. W sobie, koledzy się zamknąłem. Aż do dziś…

- daj pyska, Karol – rzuciłem przez mgłę alkoholowego uczucia. ucałowałem Karola, Rysiek ucałował nas obu…

- Ech mówię Wam. było minęło. Teraz życia się chce całą piersią poczuć, no nie? No bo można! W wolnej, kochanej ojczyźnie. – Karol wstał. Zachlapał symbolicznie czystą wódą ciemną boazerią i wrzasnął – na pohybel czerwonym. A temu ubolowi… brak mi słów.

- chuj mu na grób Panie Karolu, chuj mu na grób – dorzuciłem, ratując przyjaciela

- tak. niech se pan Antoni żyje i gnije w tej daczy pierdolonej w  Izabelinie… – rzucił bez zastanowienia mocno wcięty już Rysiek

- tak… – Karol się zreflektował – gdzie?! w daczy!!!?? Rysiek, co powiedziałeś?

zapadło kłopotliwe milczenie…

No bo jak tu wyjaśnić Karolowi, że ten “pieprzony ubol” to miły, starszy pan, co sprzedał Ryśkowi mieszkanie. Taki spokojny, ujmujący serdecznością wszystkich mężczyzna. On i pani Irena to przyzwoici, grzeczni sąsiedzi… Rysiek, przerażony spoglądał to na mnie to na Karola. Trzeba było mu wszystko tłumaczyć.

- w daczy?! panowie, jak to możliwe, po upadku komuny nie dorwali go tak, jak innych??? Ukrywał się? nie rozumiem. On na Rakowieckiej powinien zamieszkać a nie w Izabelinie!

- panie Karolu, pan Antoni, tzn. ten ubol co tu się związał z małżonką Pana, przeszedł w 89 pozytywną weryfikację.

- jak miał nie przejść, skoro koleżanka z departamentu ds. wyznań go weryfikowała podobno – dodałem

- co? – Karol siniał. Szklaneczka znowu drżała w dłoni.

- ano tak. ocenili pozytywnie. dali emeryturę mundurową i puścili. Pan Antoni zajął się biznesami, szybko zrobił karierę w walutach, na szczytach władzy miał wielu przyjaciół. Podobno bywał na imieninach u Wałęsów.

- o rzesz kurwa! czegoś tu nie rozumiem, Ryśku. Józku, daj jeszcze flaszkę, jak masz bo na sucho nie przełknę tego wszystkiego… – Karol posmutniał – od początku, zacznijmy koledzy od początku. Jaka ta nasza Polska wolna w takim razie? Co z Jaruzelem? powieszony? Czy wciąż siedzi? A Kiszczak? no gadajcie mi tu zaraz, bo nie wytrzymam! Były procesy, sprawiedliwe i surowe dla tych wszystkich skurwysynów?

- no więc… – zaczął Rysiek

- Karolu, kochany. Ja Ci to w skrócie opowiem. Tylko Ty mi się nie denerwuj. Wypij.

wypiliśmy. zaczynało się znowu robić smutno…

- Karolku. Nie było tak do końca prosto i czarno/biało… jakbyśmy chcieli

- Mów. Mów jak na spowiedzi, bo jak Boga kocham, nie wytrzymam!

- Cóż. W 89, po długich negocjacjach przy okrągłym stole… Wałęsa, Gieremek, Kuroń i cała reszta dogadali się co do naszej ojczyzny z Kiszczakiem, Kwaśniewskim, Sekułą i Jaruzelskim.

- Matko Przenajświętsza nie mów!

- tak. w wyniku tego komuniści oddali władzę bez przelewu niepotrzebnej krwi – rzucił Rysiek

- i przejęli cały biznes. Oni wzięli kasę, a solidarnościowcy niby władzę.

- Targowica jakaś a nie rewolucja! – Karol się zagotował. – a Jaruzel?

- ten został prezydentem.

- ???

- tak. na krótko. Przed Wałęsą, co nim był następne lata.

- Jezus Maria dobre i to, że Lecha nie zniszczyli…

- No tak. Jaruzel do dzisiaj się na procesy o stan wojenny stawia ze zwolnieniem od lekarza. Wielu mu wierzy, że uratował Polskę… tym stanem wojennym. O pan spojrzy na gazetę wyborczą – wyjąłęm spod flaszki gazetę, która służyła Ryśkowi pod remont. Tu opisują jego karierę i walkę o Polskę.

- to gadzinówka jakaś! Ale bzdury, koledzy chyba nie wierzycie w te brednie. Kto to wydaje? Pewnie jakiś czerwony, jeden z tych aparatczyków… Kwaśniewski albo Oleksy…

- nie, to pismo solidarnościowe, a właściwie Michnika i jego kolegów… w zasadzie KOR

- nie może być!

- tak. Kwaśniewski wygrał nawet wybory i był prezydentem po Wałęsie, który się w oczach narodu skompromitował…

- co? Lechu? Nie będziecie mi tu przewodniczącego związku obrażać! – Karol wstał, oczy napłynęły mu starą opozycyjną krwią, chwycił za flaszkę i zrobiło się nerwowo…

- nie, no uspokój się Karolku. On i tak ostatnio się okazało też donosił na kolegów i strasznie się z tego teraz tłumaczy… towarzysz współpracownik Bolek. Podobno nieźle nabroił. Ale nie przyznaje się.

Karol opadł na taboret, łyknął na raz szklankę i zamilkł… wyglądało, że dobiliśmy naszego nowego przyjaciela tymi wiadomościami. Spoważniał, zamilkł. Wyglądało jakby podejmował bardzo ważną decyzję. Trzęsącymi rękami mierzwił długą brodę.

- co na to ojciec święty, nasz kochany Jan Paweł?

- nie żyje. przykro mi.

- Boże. Boże. Boże taki wielki człowiek. Mamy nowego papieża? z Włoch pewnie?

- nie Karolu, z Niemiec.

- porządny podobno, choć w hitler jugend służył. Błędy młodości kto ich nie ma?

- Rysiu, co Ty opowiadasz… Boże. – Karol zapadał się w sobie, a my z nim, próbując ratować sytuację

- W stanach były wybory po Reaganie, którego pamiętasz pewnie była rodzina Bushów i demokrata Clinton. A teraz rządzi murzyn, przepraszam afroamerykanin… Obama.

- Jezusie Nazareński… – Karol kręcił z niedowierzaniem głową. Pić się odechciało – sowiety mocno się trzymają?

- ZSRR upadło.

- dzięki Bogu, jest sprawiedliwość na świecie! – ożywił się na chwilę, zauważyłem z radością, że sięgnął ponownie po szklaneczkę.

- ale nic się nie zmieniło tam u nich…

- nie chcę wiedzieć więcej. Dość tego. Koledzy dość! Polejcie mi jeszcze, napijmy się za dawne lata…

Polaliśmy. Wypiliśmy. Smutno było.

- Czyli tak ta nasza wolność wygląda… te wszystkie lata za boazerią, w podziemiu, ukrywanie się, walka z ubecją. Te zakładówki, tfu! z Lechem… na marne? Koledzy, na co to było – Karol się rozpłakał – toż ta Polska jak ta moja Irenka kochana. Skurwiła się z czerwonym elementem, teraz po rozwodzie z opozycją różowe bękarty na świat przynosi… Boże, Boże mój.

Karol, wciąż płacząc podszedł do lodówki i zaczął ładować do reklamówek jedzenie z półek. Flaszki chował po kieszeniach.

- Karol, co robisz? – wrzasnął Rysiek

- Gdzie się wybierasz, Karolu? – zapytałem pakującego artykuły spożywcze druha

- nigdzie! Wracam. Bo to nie jest miejsce dla mnie. Mnie jeszcze przeczekać trzeba. W podziemiu powalczyć. Wy nie zrozumiecie, ale ja na Matkę Ojczyznę jeszcze poczekam. O taką Polskę nie walczyłem – Karol sie uniósł na piętach i wyciągnął w stronę okna pięści. mimo słabego wzrostu zrobiło to na nas ogromne wrażenie. Zaniósł za boazerię siatki otrzepując dłonie sięgnął po szklaneczkę.

- no to, Koledzy moi, rozchodniaka na drogę wypijmy!

Zamurowało nas. Mechanicznie bez zastanowienia sięgneliśmy po wódę. Wypiliśmy uroczysty toast. Serdecznie się uściskaliśmy z Karolkiem i poklepując po plecach odprowadziliśmy pod ścianę. Prośby i przekonywania nic by nie dały. Karol był mocno wcięty, kołysał się na nogach, ale stare opozycyjne serce podpowiadało mu, że wie co robi. Rysiek Zaintonował na odchodne kolejny protest song!

- Janek Wiśniewski padł! Na drzwiach ponieśli… – gromko śpiewaliśmy, z oczu płynęły łzy, Karolka już nie było widać zniknął w czelusciach opozycyjnego podziemia. A my zgodnie, bez zastanowienia wzięliśmy się za układanie boazerii z powrotem.

W dłonie boleśnie wbijały się drzazgi, wnosiliśmy kolejne deski do kuchni. Boazeria rosła w siłę. Ściana czerniała na naszych oczach starą zgnilizną. Kuchnia wracała do swojego wyglądu z lat 80tych. Stało się jasne, że jeszcze za wcześnie na remont. Zbyt wcześnie by zacząć nowe życie, dla Karola to było oczywiste jak dwa plus dwa jest cztery. Nie chciał tak żyć, musi przeczekać i kiedyś, może za parę lat na tę nową, ukochaną, świeżo narodzoną wymęczoną ojczyznę spojrzy jeszcze raz. Sam oceni, czy warto wyjść z podziemia. Czy warto dla Niej żyć.

Z robotą uwineliśmy się w godzinę. Kawałek ściany został nienaruszony, resztę znowu pokrywała złowroga boazeria. Rysiek nawet znalazł zakurzony obraz “Jelenie na rykowisku” i naszemu kochanemu Karolkowi zakrył sęka, by go nie raziło, światło nie raziło i może to wszystko, co nas otacza w tej “wolnej” Polsce. Wypiliśmy po szklaneczce na dowidzenia. stanęliśmy we dwóch twarzą do “Jeleni na rykowisku” i usłyszeliśmy cichutkie, bezsilne pełne niepokoju pierwsze takty Roty.

- Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród! – Rysiek przez łzy podjął temat, dołączyłem się i ja. Staliśmy tak przed tą ścianą i zalewając się łzami, z wyprężoną piersią śpiewaliśmy tę starą pieśń. I nikt poza nami nie słyszał tego trzeciego głosu, tego zza ściany. Ściany, którą dzisiaj obaliliśmy, rozebraliśmy i na koniec znowu postawiliśmy między nami.

Od tego wydarzenia minęło trochę czasu, było po drodze kilka rocznic, “inscenizacji historycznych” w telewizji. Ale niewiele się zmieniło. Biedny jest nasz Karol, że się nie doczekał i wrócił do podziemia. Szkoda faceta… a z drugiej strony, przez chwilę miałem ochotę i ja tam się zaszyć z nim. Przeczekać. Może lepszych czy po prostu innych czasów dożyć… Co parę tygodni, z panem Ryśkiem stajemy przed “jeleniami” i dumnie, cichutko ze wzruszeniem śpiewamy sobie Rotę. We trzech. Tak jakoś nam się przyjęło. Ostatnio coraz ciszej jakoś, ale zawsze z nadzieją w sercach.

*** by Martin

***

Stara książka, płyta winylowa.
Treści puszczane kilkakrotnie.
Taka ludzka poza.
Niedwuznaczna, nie kartkowana.
wydaje się mądra bo nie czytana.

Kolejny obrót na 33.
Wklęsłe historie pisane od nowa.
Wgryzająca się w płytę melodia.
Pod opuszkiem słuchającego palca.

Kto ostatnie rzuci zdanie.
Zamierzy się ostrzem słowa
Wychodzi po staccato, bez braw.
Klucz wiolinowy w drzwiach.

Zdanie złamane w pół akapitem.
Płyta i strona. Dwa słowa.
Zagłuszony krzykiem rytm.
Zwietrzały zapach drukarni.
On i ona. Zaczyna się wszystko od nowa.

Miejsce: chodnik.

Miejsce. Chodnik przed wysokim, śpiącym budynkiem. Płyta. Cały ten Komplet okien złośliwie wykręconych w stronę Wisły podgląda lubieżnie aktorów. Czas. Środek nocy, dawno po północy, nie liczy się tu czas. Nie ma jedności i tego wszystkiego co zespala w dramat kilka zrymowanych słów. Aktorzy? Na pierwszym planie Ona, wcale nie miłością pijana, piękna niezdecydowana, a może nie doinformowana, a on ma ją w tym planie ma ją w planie jak na dłoni, od dawna, zaczyna akcję jak w tańcu robi więc kilka kroków po kwadracie, płyta chodnikowa uchyla się z szacunkiem w stronę pustego księżyca. Finał. On wpada w popłoch gdy ona mówi, że późno już. Drzewa się śmieją z tej oklepanej frazy. Zna już podział ról, lepki wiatr jak sufler podpowiada mu kwestię: nie szkodzi, nie od razu… finał zamyka się w powrocie, jego nad Wisłę. Jej na górę. Windą w stronę gwiazd. Na koniec prolog. On spróbuje jeszcze raz. Syzyf i jego kula, toczona z bólem robi się coraz słodsza. Miłość to góra…

Nam

tu nic nie czuję, nawet czuć nie próbuję
niczego mi nie brakuje w tym pustym tłumie
nie cieszę się jeszcze. nie miałem prawdziwej okazji
porozrzucałem wszystko w mieście. pełnym braku fantazji
śnił mi się wczoraj dzień. prognoza nieurodzaju.
na mój smutek padł cień. mój własny sposób na szczęście
zapuścił mały ostry cierń, wiercąc w pustym sercu z zacięciem
ślad pierwszych słów wypowiedzianych głośnym szeptem
nie cieszę się jeszcze. i to nazywam szczęściem.
reszta umiera. ze śmiechu. ja rosnę toczony rakiem,
żyję tym pustym uczuciem a raczej uczuć brakiem.

Dziewczyna z Bochni

zaczepiła mnie kiedyś, to się zdarza. podarte prześcieradło, dwie piersi, ręce, nogi, ciało które się tarza. zaczepiła mnie z bochni. stamtąd była, jest i będzie, więdną kwiaty, list zagapił się w kant pustego już łóżka, zaczepiła mnie kiedyś to się zdarza, mokra, wciąż podniecona dziewuszka, to się zdarza, jej jedynej jednej pojedyńczo, solo, na mono. z bochni była. już nie zaczepia. już jest niemiła. nic się nie zdarza. dwa ciała zostały rozseparowane niczym matka z dzieckiem na obrazie pełnym wzruszeń zbędnych małych japońskich fleszy w Luwrze. nikt mnie nie zaczepia. może nigdy się już nie wzruszę. żadnych cycków nie dotknę nigdy się nie poruszę. leżę. jak świetlicki w pościeli. reszta się nie odzywa. reszta niech się pierdzieli!

Steal This Blog!

Zdzisław zajrzał do szuflady. Porzucony blog siedział w kąciku i kwilił cichutko.
- Chodź do nowego tatusia – powiedział łagodnie.
Blog wyciagnął swe wątłe rączki w jego stronę.
- Już nie będziesz porzucoony. Nie będziesz już samotny. No chodź. Zmienimy ci hasło, będziesz mój na wieki.
Blog nie odpowiedział. Kwilił cichutko i mrużył swoje błękitne oczka. Ale było widać, że robi się szczęśliwszy z każdą chwilą.

Topola by Smyr

topola.jpg

Odcinek 6, w którym tracę głowę, gubię rozum i poznaję prawdziwą czarownicę.

Ciemność pochłonęła mnie niczym ciężkie, lepkie błota z powszechnie tutaj niepolecanych bagien i torfowisk. Mogiłki przywitały mnie utratą świadomości i głębokim przeżyciem mistycznym zaledwie po dwunastu kieliszkach miejscowego samogonu. Czy był tak mocny, bo na starych kartoflach długo się pasł, czy może rodem ze wschodnich krain na ciężkim, udanym zbożu wyrosła ta moc… tego nie wiem. Jedno co wiem to fakt prawdziwy, iż następnego dnia otwarcie oczu zabolało mnie równie mocno jak dźwiganie worków z piaskiem na starym kutrze we wschodniej Bracji.

Katusze okropne, ból głowy, błyski i mroczki w oczach. Zanim wstałem, ziemia musiała przestać się pode mną wiercić. Sufit uspokoił się po godzinie, wcześniej dryfował od okna do okna wzmagając torsję. Zmęczony piciem obiecałem sobie, że nie wezmę do gęby tego trunku nigdy więcej. I tym razem dotrzymam słowa…. Wypuściwszy z siebie ostatnie wspomnienie miejscowej kuchni, otrzepałem spodnie, umyłem twarz i rozejrzałem się w izbie, której chyba miałem przyjemność zostać położonym do snu. Mili ludzie zadbali o moje wygody stawiając obok legowiska miskę pokaźnych rozmiarów i kubeł zimnej wody.

- panic, juści diabelnie sponiewierany… widzim to po ockach. satansko poobracanych na kazde strone świata… hehehehe – śmiech wiedźmy mnie prawie o zawał przyprawił. Pojawiła się spod ziemi baba jedna. No bo nie słyszałem jak włazi. A może całą noc tu była, sepleniąca starucha… brrr…. dreszcze mną wstrząsnęły na całem ciele.

- dzień dobry kobiet – to Wyście mnie do snu tutaj zaprowadzili? – zapytałem grzecznościowo, mierząc okiem półprzytomnem odległość od łóżka do drzwi.. ech chyba zamkniętych…

- a juści, nie ja, jeno diabli panica nieśli – hehehehehe – się odezwała i szybko dodała – carci wiedzą tyle, że stary Wkręcioł z synowymi nosili – tfu! baba gada z diabłem w kolejce, co wyraz to czart

- to ja już pójdę Bóg zapł… dziękuję kobieto – rzekłem, wciskając miedziaka w stare szponiaste łapska, wycofując się rakiem do drzwi…. – dziękuję dobra kobieto, dajcie sie przewietrzyć bo upitce muszę powietrza zażyć…

- a zażywajcie panicu, niech was tylko nie wywieje na jakiejś chorobe bo dzisioj wietsyk jak Diabli – tu się zaśmiała i drzwi otwierając wylazła ciągając miskę moich wymiocin z brzękiem po podłodze. Tyłem szła i nie zauważyła dużego dziada z kijem na swojej drodze. Wlazła na dziada, buta mu ostro zawartością miednicy polewając…

- a Ty kurwooo szatańska… leź mi z drogi! – stary kija wycelował i w garb staruchę rąbnął aż w sękach zatrzeszczał… – Posprzątasz później, teraz Panicz z nami w las pójdzie, bagna okiem ocenić i cuda opisać swym jasnym rozumem… Pódź pan no ze mną, na kaca tylko dobro praca… spacerek się przydo a i klina mam w zapasie, co się rąbnie w międzyczasie…

Nim odkorkował flaszkę, już wiedziałem, że drugi but też zostanie zaraz zawartością mych trzewi oszpecony. Starucha się w tle zaśmiała i drzwiami chałupy trzasnęła tak, że chop nie zdążył się usunąć z drogi mej słabości żołądkowej.

Zarówno czarownica, jak i rymujący od niechcenia staruch wprawili mnie w nastrój coraz bardziej zmuszający do refleksyji nad sensem pobytu dłuższego w Mogiłkach. Chyba tylko słabość związana z pijaństwem powstrzymała mnie od ucieczki. Szybko się pozbierałem, za buta grzecznie przeprosiłem i za starym polazłem. Przed chałupą mnie powitał jednooki, kilku miejscowych z kijami i toporami oraz stadko dzieciaków, które za nogi ojców chwytały by się z nimi zabrać.

Poleźliśmy. W las i bagna, które w najbliższym czasie miały wiele przede mną tajemnic odkryć i spowodować, że Mogiłki na trwałe w mej świadomości się jako koszmar zapiszą.

« Starsze wpisy
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.